|
Wybory: niektóre wyniki
Swietłana Naumowa – doktor filozofii, kierownik zakładu nauk społeczno-politycznych Europejskiego Humanitarnego Uniwersytetu, specjalista w dziedzinie historii i teorii demokracji, porównawczej analizy systemów politycznych, członek Rady naukowej „Techniki społeczne”. S. Naumowa jest autorką podręcznika „Co trzeba wiedzieć o polityce” i ponad 40 artykułów z dziedziny politologii oraz teorii komunikacji.
Zakres uprawnień pełnomocnictw Rad terenowych w Białorusi nie jest duży. Konstytucja pozwala im najwyżej na zatwierdzenie planu lokalnego budżetu i kontrolę nad nim.
W jaki sposób wybierano
Wybierano aktywnie. Jest to chyba największa niespodzianka. Frekwencja wyborcza w kraju wyniosła 73,3%. Przy tym w Mińsku do urn przyszło 61%, a w rejonie pińskim – 92%. Ostatnia liczba robi wrażenie o tyle, że przypomina nie tak dawną historię radziecką, kiedy to na „blok komunistów i bezpartyjnych” przychodziło głosować ponad 99% uprawnionych do głosowania. Co więcej, zauważmy, że podobnej aktywności nie obserwowano ani razu od roku 1991.
Zwróćmy uwagę także na jeszcze jeden paradoksalny fakt: rzeczywista frekwencja wyborcza 2 marca okazała się znacznie wyższa, niż ta, którą przewidywały wyniki badań społecznych. Według danych oficjalnego ośrodka badań opinii publicznej przy administracji prezydenta, zamiar uczestnictwa w wyborach lokalnych wykazało około 69% wyborców. Niezależni socjologowie spodziewali się frekwencji wyborczej na poziomie około 64%. Faktem jest, że oczekiwana aktywność wyborców jest niższa od rzeczywistej o mniej więcej 10%.
W danym wypadku obserwujemy pewną nadwyżkę, co nieuchronnie wywołuje pytanie: czy podobne zaangażowanie wyborców zostało stworzone sztucznie?
Nie wykluczam, że w wielu okręgach podana frekwencja wyborcza była przesadzona. Z reguły jest to związane z zamiarem dodania głosów określonemu kandydatowi. Są jednak granice nadużyć. Technologom politycznym znane jest pojęcie „granice falsyfikacji”. Oznacza to, że fałszerstwo może urzeczywistniać się tylko pod wpływem pewnej tendencji. Bardzo ciężko jest na przykład odebrać zwycięstwo kandydatowi, który ma przewagę głosów większą niż 15%. Oczywiste jest, że nie mówimy tutaj o takich wypadkach, gdzie w zasadzie żadne obliczanie głosów nie istnieje, a wszystkie liczby są pisane przez jedną osobę w zaciszu swego gabinetu. W razie konieczności przestrzegania dobrych manier politycznych sztuczne tworzenie podobnych procentów jest dość trudne.
Nawet jeżeli założymy, że frekwencja wyborcza nie była zbyt wysoka, nie może nie zdumiewać, że obywatele Białorusi w ogóle przyszli do urn wyborczych i wybrali tych, którzy w zasadzie nie mają żadnego wpływu na ich życie. Jak zawsze, wyodrębnić możemy kilka czynników.
Po pierwsze, z 73% wyborców ponad 20% głosowało przedterminowo. Zauważmy, że według współczesnej teorii i praktyki przebiegu wyborów, przewaga w okresie przedterminowego głosowania o więcej niż 7% jest widocznym znakiem fałszerstwa. Z punktu widzenia zdrowego rozsądku przedterminowo głosują tylko ci, którzy wyjeżdżają i nie mogą być w domu w dniu wyborów, a także niektórzy po prostu ciekawscy obywatele. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że w Białorusi około 7 milionów wyborców i około 5 milionów z nich wzięło udział w wyborach, okazuje się, że 1 022 000 należy do podróżników lub osób ciekawskich. Tak bardzo tryumfalne głosowanie przedterminowe jest możliwe tylko w tych wypadkach, gdy zachowaniem wyborców łatwo jest pokierować. Dzieje się tak w okręgach wiejskich, gdzie w kołchozach istnieje niemało środków wywierania nacisku na ludzi, a także w okręgach, obejmujących domy studenckie itd.
Po drugie, na frekwencję wyborczą wywarła również wpływ aktywna kampania wyborcza prowadzona przez władze. Jej elementy były proste: ogłoszenie w radiu i telewizji daty wyborów oraz zasady wypełnienia kartek wyborczych, a także oczywista agitacja przedwyborcza.
Po trzecie, wybory stały się pewnego rodzaju rozrywką w szarym morzu polityki białoruskiej. Z jednej strony wyborca, który większą część swojego wolnego czasu spędza w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej, wie, że życie polityczne – jest to coś ciekawego.
Z drugiej strony nic podobnego w swoim życiu oraz w swoim telewizorze ten sam wyborca nie obserwuje. Kiedy więc białoruska telewizja zaczyna mówić o wyborach, wyborca postrzega to jako możliwość zademonstrowania swego „dojrzałego” zachowania politycznego.
Zauważmy, że aktywność jako wynik mobilizacji władzy jest jedną najbardziej pewnych objawów ustroju autorytatywnego. To właśnie autorytatywna władza zawsze zmierza do doprowadzenia wyborów do stanu ogólnonarodowego, przy czym czasem nie rozumie, że tym samym podpisuje się ona pod niedemokratycznością.
Kogo wybierano
Jak ogłosiła Komisja Wyborcza, w tych wyborach zwyciężyli: młodzież – około 30%, kobiety – 44%. W danym wypadku nie ma sensu szukać bardziej wyczerpujących liczb. Ciekawe jest samo podejście. Kobiety i młodzież są przedstawiane przez władzę jako wskaźnik pomyślności minionych wyborów. Rozpatrzmy tylko jedną liczbę – ilość wybranych kobiet. Myślę, że nie wszyscy przedstawiciele białoruskiej władzy znają wyraz „gender”, lecz wszyscy rozumieją, że obecność/nieobecność mężczyzn/kobiet jest oceniana przez międzynarodową społeczność jako zjawisko znaczące.
Gender theory głosi: im więcej władzy skupiono na pewnym szczeblu zarządzania, tym mniej jest tam kobiet; i na odwrót. Kobiety „są podpuszczane” tam, gdzie nie zapadają decyzje związane z rozdziałem środków. Białoruska rzeczywistość polityczna świetnie dowodzi tej tezy. Można nawet obliczyć wskaźnik wpływu instytucji politycznej w zależności od ilości w niej kobiet. Najbardziej feministyczną więc gałęzią władzy w Białorusi jest władza sądowa. Czyż gra ona jednak jakąkolwiek niezależną rolę? Właśnie tak jest też z terenowymi Radami narodowymi. Fakt, że kobiety tworzą w nich prawie połowę, świadczy nie tyle o zrównoważonej polityce gender, lecz o nieobecności rzeczywistych dźwigni wpływu terenowych Rad narodowych na strukturę władzy.
Rozpatrzmy teraz pytanie, dotyczące społeczno-zawodowego składu Rad. Wypada tutaj skorzystać z danych, które pokazują skład Rady miejskiej w Mińsku, ponieważ właśnie w stolicy zainteresowanie wyborami, w tym też ze strony władzy, było największe.Wszystkie dane są zawarte w poniższej
tabeli:
|
GRUPA
SPOŁECZNO-ZAWODOWA
|
ILOŚĆ
DEPUTOWANYCH
|
%
|
|
Dyrektorzy oraz pracownicy przedsiębiorstw państwowych
|
13
|
25
|
|
Pracownicy oświaty i kultury
|
12
|
23.1
|
|
Pracownicy służby zdrowia
|
11
|
21.2
|
|
Urzędnicy państwowi
|
7
|
13
|
|
Dyrektorzy przedsiębiorstw niepaństwowych
|
6
|
11.5
|
|
Przedstawiciele związków pozarządowych
|
1
|
1.9
|
|
Inni
|
2
|
3.8
|
Niewątpliwie pierwsze miejsce zajmuje, jak zawsze, grupa lekarzy oraz nauczycieli (ogółem ponad 44%). Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź wydaje się oczywista. Właśnie do nich większość obywateli w największym stopniu ma zaufanie. Nauczyciel to osoba, która dobrze zna problemy rodziców i dzieci, a to właśnie rodzice i dzieci składają się na nasze społeczeństwo. To samo dotyczy również lekarzy. Nauczyciele i lekarze są to ludzie, których najważniejszym pracodawcą jest państwo, siłą rzeczy należą oni do przedstawicieli zawodów najbardziej uzależnionych od państwa. To samo można powiedzieć o kierownikach przedsiębiorstw państwowych.
Do jednego z najbardziej dyskutowanych należało pytanie o trafieniu do Rad partii politycznych. Duży stopień zainteresowania przynależnością partyjną kandydatów świadczył o tym, że właśnie partyjność zdaje się być synonimem opozycji. Zauważmy, że mówić o powodzeniu/niepowodzieniu partii politycznych można by było tylko w tym wypadku, gdy wybory odbywają się zgodnie z normami swobody oraz sprawiedliwości. To, że wybory takimi nie były, przekonuje nas opis niektórych dość znamiennych wypadków (w socjologii jest to nazywane case-study). W szczególności wybory w okręgu wyborczym nr 9 w Mińsku były nadzorowane przez trzech deputowanych Izby przedstawicieli – W. Parfienowicza, W. Nowosiada, W. Frołowa. Pełnomocnictwo i status wyżej wymienionych pomogły ujawnić rozbieżność protokołów dzielnicowych komisji wyborczych z danymi, skierowanymi do centralnej komisji wyborczej. Podobny wypadek jednak można uważać za rzeczywiście jednostkowy, ponieważ białoruskie ustawodawstwo wyborcze nader dwuznacznie wypowiada się o możliwości wzięcia udziału w podliczaniu głosów przez mężów zaufania. Na tym poziomie mianowicie, jak pokazuje praktyka, występują najbardziej istotne naruszenia prawa.
Gdzie wybierano
W istocie jest to najważniejsze pytanie: czy zdobycie mandatu deputowanego jest warte tyle sił i środków?
Zakres uprawnień pełnomocnictw Rad terenowych nie jest duży. Konstytucja pozwala im najwyżej na zatwierdzenie planu lokalnego budżetu i kontrolę nad nim. Nie wolno jednak zapominać, że w większości wypadków budżet ten jest dość niski. Przewagę daje też sam status deputowanego. To właśnie on daje dostęp do informacji, do której nie są dopuszczeni zwykli obywatele. Deputowany również ma prawo stawiać różnego rodzaju pytania i żądać na nie odpowiedzi. Wreszcie deputowani Rad obwodowych oraz mińskiej Rady miejskiej wchodzą w skład izby wyższej Zgromadzenia Narodowego.
Jak długo byśmy jednak nie mówili o pełnomocnictwach Rad, ostatnie słowo, jak zawsze, należało do prezydenta. Mówiąc o ostatnich wyborach A. Łukaszenko oświadczył: Na tym etapie za naczelny cel uważam systemową organizację pracy Rad na wszystkich poziomach oraz formowanie na tej podstawie oparcia dla społeczeństwa obywatelskiego. W ten sposób jest już zrozumiałe, po co i dla kogo były wybierane Rady i kto teraz u nas jest kierownikiem „społeczeństwa obywatelskiego”.
Tłumaczenie: Elwira Pieńkowska
|