Czy to były wybory?
Wiktar Jaraszuk – znany opozycjonista i obrońca praw człowieka. Mieszka w Pińsku.
Zdarzyło mi się śledzić w Pińsku przebieg całej kampanii wyborów do władz lokalnych od momentu ogłoszenia daty głosowania do podsumowania wyników. Kiedy przeanalizowałem wszystko to, co się działo w tym czasie, zacząłem się zastanawiać – czy wybory w ogóle się odbyły?
Komisje wyborcze
Tuż po ogłoszeniu daty głosowania najwyższe władze Białorusi oznajmiły, że wybory koniecznie muszą być przeprowadzone uczciwie i demokratycznie. Kiedy padają takie słowa, to mimowolnie pojawia się podejrzenie, że w rzeczywistości wszystko ma być na odwrót. Na pierwsze potwierdzenie tej tezy nie trzeba było długo czekać. W skład okręgowej komisji wyborczej w Pińsku pod najróżniejszymi pretekstami nie został włączony żaden przedstawiciel opozycji. Sytuacja w komisjach obwodowych była analogiczna. W tym przypadku tworzący komisje organ tłumaczył się brakiem wystarczających środków na pracę komisji obwodowych. Chcę zauważyć, że kierownictwo pińskich struktur partii politycznych i organizacji pozarządowych jeszcze przed tym, jak się rozpoczęło tworzenie komisji wyborczych, zwróciło się do miejscowego komitetu wykonawczego z listem, proponując „w celu zapewnienia demokratyczności i przejrzystości wyborów włączyć w skład komisji wyborczych przedstawicieli istniejących w mieście partii politycznych i organizacji pozarządowych”, którzy wyrazili gotowość pracować bezpłatnie.
Rejestracja
W trakcie rejestracji grup inicjatywnych kandydatów na radnych niezwykle oryginalnie zachował się przewodniczący okręgowej komisji wyborczej Pińska Edward Lewocki (jednocześnie piastujący urzędnicze stanowisko we władzach miasta). Kandydatom skierowanym na wybory przez oficjalne organy tłumaczono skrupulatnie wszystkie możliwe błędy przy wypełnieniu dokumentów. Zaś na wszystkie pytania niezależnych kandydatów padała zawsze ta sama odpowiedź: „proszę sobie przeczytać Kodeks Wyborczy”.
Niezależnym od władz kandydatom odmawiano rejestracji pod byle pretekstem. Przedstawiciel opozycyjnej partii komunistycznej nie został zarejestrowany tylko z tego powodu, że w deklaracji o dochodach zamiast kreski postawił dużą literę „Z”. W przypadku dwóch innych kandydatów nie zostały uznane podpisy wyborców, mimo że osoby te na piśmie potwierdziły wiarygodność swoich podpisów. W wyniku tego na 30 obwodów wyborczych w Pińsku w 24. zostało tylko po jednym kandydacie, po dwóch było w 3. obwodach, i po trzech w kolejnych 3. obwodach, gdzie zostali wysunięci cieszący się największym autorytetem przedstawiciele opozycji.
Agitacja
Według Kodeksu Wyborczego każdy kandydat dostał na agitację po 48 tys. rubli białoruskich (95 zł). Za te pieniądze można było zamówić w drukarni 500 ulotek formatu A4 oraz 20 plakatów formatu A3. Kategorycznie zabronione było wykorzystywanie dodatkowych środków. Tylko w jednym miejscu można było organizować spotkania z wyborcami. Była to zazwyczaj szkolna aula. Kandydaci opozycji musieli sami zapraszać wyborców na spotkania; administracja w żaden sposób nie pomagała, a raczej przeszkadzała i próbowała nie dopuszczać do nich. Spotkania na podwórkach były traktowane jako łamanie Ustawy o mityngach, demonstracjach i pochodach masowych, za co kandydata łatwo można było „zdjąć” z wyborów. Przedstawicielom opozycji pozostawał tylko jeden sposób agitacji – chodzić od mieszkania do mieszkania (na jeden obwód wyborczy przypada 1500 do 2000 mieszkań).
Kandydatom od władz także na tym etapie stworzono bardziej komfortowe warunki. W miejscowej gazecie o każdym z nich została opublikowana obszerna informacja ze zdjęciami. Szkoły organizowały zebrania rodzicielskie specjalnie w celu spotkań z „oficjalnymi” kandydatami, agitację przeprowadzano też otwarcie w przedsiębiorstwach.
Głosowanie
Według ustawodawstwa białoruskiego głosowanie rozpoczyna się pięć dni przed oficjalnie wyznaczona datą. W ciągu tych dni można dopiero zobaczyć prawdziwe oblicze białoruskiej „demokracji”. Ludzie byli zmuszani do przedterminowego głosowania, w tym celu zwalniano ich wcześniej z pracy. W niektórych przedsiębiorstwach tych, ktorzy nie chcieli głosować straszono zwolnieniem, w innych wstrzymaniem wynagrodzenia itd.
W wyniku tego, w niektórych obwodach przedterminowo zagłosowało 30,5% wszystkich wyborców. W wyniku takiej „aktywności” wyborców w pierwszej turze zostało wybranych 23. radnych – co najmniej tylu radnych potrzebnych było do rozpoczęcia działalności Rady. Wszyscy ci kandydaci zostali wybrani w tych obwodach, gdzie oprócz nich nie było innych kandydatów. Zaś w tych obwodach wyborczych, gdzie było po dwóch kandydatów, nie został wybrany nikt. Tam, gdzie konkurowało po trzech kandydatów, 13 marca odbyła się druga tura. Właśnie w drugiej turze władze pokazały swoją prawdziwą twarz. Głosowanie zostało wyznaczone na zwykły dzień pracy. Praktycznie nie było żadnej informacji o drugiej turze. Wyborcy dostali do swoich skrzynek pocztowych zaproszenia na drugą turę wyborów w przeddzień głosowania. Oczywiście, że nie wszyscy mogli na czas z nimi się zapoznać. W jednym z obwodów, gdzie kandydat władzy nie dostał się do drugiej tury, zaproszenia zostały dostarczone tylko do 10% mieszkań. W wyniku tego wybory w tym obwodzie zostały zerwane.
W dwóch innych obwodach władze zrobiły wszystko, by radnymi zostali ich ludzie. Do przenośnych urn do głosowania, których nie mogli skontrolować pełnomocnicy kandydatów, wrzucano paczki kart do głosowania na odpowiedniego kandydata. Już po zakończeniu podliczenia oddanych głosów „odnajdywano” jeszcze jakieś wypełnione karty do głosowania, w których głosy zostały „oddane” na tych, co trzeba. Komisje po podliczeniu głosów nie podporządkowywały się wymogom Kodeksu Wyborczego, a pełnomocników kandydatów, którzy próbowali położyć kres naruszeniom, „uspokajano” przy pomocy milicji.
Ludmiła Szepielewicz, pełnomocnik kandydata na radnego Siergiusza Kositukowicza, stwierdziła: „Po raz pierwszy byłam obecna przy podliczeniu głosów i nigdy przed tym nie pomyślałabym, że można tak bezczelnie spreparować potrzebny wynik.” Dziennikarz Paweł Kunicki, który także był obecny przy podliczeniu głosów, powiedział: „Wcześniej myślałem, że opozycja zmyśla mówiąc o tych wszystkich naruszeniach w trakcie wyborów, ale kiedy zobaczyłem wszystko na własne oczy, byłem po prostu zaszokowany. To jest szydzenie ze zdrowego rozsądku.”