«Kraj egzotyczny» albo jak jest postrzegana Białoruś w Polsce?
Valerij Krugovoj - dr nauk ekonomicznych, deputowany do Rady Najwyższej i Izby Reprezentantów Białorusi w l. 1995 – 98. Mieszka w Polsce na stałe od r. 1998, jest dyrektorem firmy konsultingowej.
Wykorzystując terminologię dialektyczną, można powiedzieć, że główna sprzeczność w stosunku wyżejokreślonej grupy społeczeństwa polskiego do Białorusi to sprzeczność między kulturowo-historycznym, terytorialnym znaczeniem stosunków między Polską i Białorusią, a nadzwyczaj niskim poziomem współpracy gospodarczej i politycznej. Z jednej strony, wspólna granica, niezbyt dawno wspólne państwo, brak jakichkolwiek poważnych krzywd historycznych, z innej zaś – prawie pełne lekceważenie tematu Białorusi nie tylko w mediach, lecz także w sprawach rządu, partii politycznych, forum gospodarczych etc.
Na przykład, w planie posiedzeń Komisji Sejmowej do spraw zagranicznych na rok 2003 można znaleźć temat „Strategia Polski w stosunku do Ukrainy”, nic natomiast o Białorusi. Jeśli w telewizyjnych debatach polityków czy ekonomistów usłyszymy wyraz „Białoruś”, to wyłącznie w kontekście rozmowy jako przysłowiowy przykład nienormalności. Argument: „Czy chcecie, żeby było jak w Białorusi?” wśród polskich polityków i przedsiębiorców uważa się za najbardziej zabójczy. Po nim oponent traci chęć sprzeciwu. Podobne przykłady można mnożyć.
Czy naturalna jest taka sytuacja? Wydawałoby się to dziwnym pytaniem. W jaki sposób naturalne może być lekceważenie sąsiedniego państwa z 10-milionową ludnością? Tym nie mniej, często jak od polskich, tak i od białoruskich rozmówców da się usłyszeć: „Czemu się tutaj dziwić – dzięki Łukaszence Białoruś stała się odszczepieńcem Europy.” Demokratyczna Polska nie może podtrzymywać normalnych stosunków z sąsiadującą niedemokratyczną Białorusią. Dziwna rzecz, ale ukraiński prezydent Kuczma według ocen tych samych instytucji europejskich jest również daleki od demokracji. Bez względu na to, polski Prezydent, ostrożnie zaznaczając, że partner ukraiński musi jeszcze dużo zrobić na drodze demokratyzacji kraju, tym nie mniej, stale się z nim spotyka. Widuje się także z liderami opozycji ukraińskiej. Odwiedza nawet Azerbejdżan, który w żaden sposób nie da się określić jako państwo demokratyczne. Jednocześnie, nie przyjmuje nie tylko Łukaszenki, lecz także przedstawicieli opozycji białoruskiej. Jeden raz Leszek Miller przez parę minut spotkał się z Mikołajem Statkiewiczem, przewodniczącym Białoruskiej Partii Socjal-Demokratycznej „Narodnaja Hramada”, podkreślił natomiast, że robi to jako lider swej partii, lecz nie jako premier.
Polacy nie mogą zapomnieć Ukraińcom wsi, wyciętych podczas drugiej wojny światowej przez banderowców, i kłócą się na poziomie rządowym na temat napisów na cmentarzu Lwowskim, ale będąc pochłonięci przez wejście do Unii Europejskiej, robią wszystko, żeby wyjazdy Ukraińców do Polski były maksymalnie ułatwione. Nie obserwuje się, niestety, tak wzruszającej troski o Białorusinów, którzy w przeszłości chyba nigdy nie dokuczali Polakom.
W politycznych i biznesowych elitach Polski, oczywiście, rozumieją, że jej zainteresowania geopolityczne zakładają istnienie jeśli nie samodzielnej polityki w stosunku do sąsiedniej Białorusi, to przynajmniej własnych akcentów. Świadczyć o tym może próba Aleksandra Łukaszenki wyjazdu jesienią 2002 r. na szczyt NATO w Pradze. Przypomnę, że wtedy Unia Europejska potrzebowała od swych członków, a także państw kandydujących zakazu wstąpienia na swój teren A. Łukaszence i szeregu jego urzędników. Polska została wtedy właściwie jedynym państwem, które zadeklarowało sprzeciw wobec tej decyzji, ponieważ nie chciała komplikować stosunków z sąsiadką. W ten sposób, choćby tylko jeden raz, ale polska elita polityczna zademonstrowała rozumienie nienaturalnej sytuacji w stosunku do Białorusi.
Czemu w takim razie nadal jest tak, jak jest? W zeszłym roku jeden z doradców prezydenta A. Kwaśniewskiego powiedział, że w świecie współczesnym w sprawach międzynarodowych o wszystkim decyduje nieliczna grupa państw, w której Polska nie ma prawa głosu. Więc ta grupa postanowiła, że państwa nadbałtyckie zostaną całkowicie pod wpływem Zachodu: Rosja musi się pogodzić z ich wejściem do NATO. Białoruś zaś puszczono w odkup Rosji – Zachód faktycznie traktuje ją jako potencjalną część Rosji. Co do Ukrainy, to nadal jest ona polem walki: Zachód nie zgadza się oddać jej pod wpływy Rosji, Kreml też nie ustępuje. Więc współpraca strategiczna między Ukrainą a Polską może się znajdować na płaszczyźnie zainteresowań pragmatycznych tej ostatniej, na co nie może sobie pozwolić w stosunku do Białorusi. Taka interpretacja, szczególnie biorąc pod uwagę rangę rozmówcy, z ust którego zabrzmiała, wygląda prawdziwie i wiele tłumaczy. Ale czy można się z nią pogodzić?
Polscy politycy podobnie się zgodzili. Cóż na to biznesmeni, których nigdy tak naprawdę nie interesowały prawa człowieka, pytania parlamentaryzmu i temu podobne pojęcia abstrakcyjne? Co myślą polskie firmy, kierujące się własnymi interesami, a nie międzynarodowymi układami sił? Minister Spraw zagranicznych Rosji Igor Iwanow niedawno oznajmił, że wojnę w Iraku rozpętano pod presją produkujących broń zakładów amerykańskich i nikt nie wątpi, że jest w tym lwia część prawdy. Rodzi się pytanie: czemu pod presją polskich firm, nie wiedzących, jak sprzedać własną produkcję, nie zmienia się polityka rządu polskiego? I czy w ogóle taka presja istnieje?
Rozmawiając przez ostatnie lata z polskimi przedsiębiorcami, przedstawicielami dużych i małych firm, udało się zaobserwować następującą prawidłowość. Jeśli małe firmy utrzymywały wcześniej czy utrzymują nadal kontakty biznesowe z Białorusią, to duże z reguły o tym nie mają zielonego pojęcia. „Egzotyczny kraj” – to najczęściej można od nich usłyszeć. Trzeba powiedzieć, że białoruscy urzędnicy starannie podtrzymują tę opinię. Przytoczę tylko jeden przykład: jesienią zeszłego roku A. Arendarski, Prezydent Krajowej Izby Gospodarczej, najbardziej wpływowej organizacji przedsiębiorców Polski, na prośbę szeregu dużych firm wysłał zaproszenie jednemu z wice-premierów Białorusi z propozycją odwiedzenia Polski w celu rozwoju stosunków gospodarczych dwóch państw. Myśląc logicznie, z tego zaproszenia można by było tylko się cieszyć. Jak Państwo myślą, co odpowiedziano Polakom? Nic! O ile wiadomo, ze strony białoruskiej nie zareagowano w żaden sposób, chociażby najprostszy: „Dziękuję, ale jesteśmy zajęci” itp. Jak się po tym nie zgodzić, że Białoruś to „kraj egzotyczny”?
Czy można mówić o zainteresowaniu elity polskiego biznesu zmianą obecnej sytuacji przy istniejącym poziomie obrotu towarowego między naszymi państwami? Liczby sprawiają, że to pytanie znika samo przez się.
W r. 2001 według polskiej statystyki eksport z Polski do Białorusi wynosił 276,01 mln $, import – 145 mln $. W polskim eksporcie Białoruś zajmuje więc 0,8%, w imporcie zaś jeszcze mniej – 0,3%.
Oczywiście, niewspółmierne byłoby porównanie potencjału gospodarczego Białorusi i Ukrainy, lecz popatrzmy, co wyprawia malutka Słowacja, ustępująca Białorusi we wszystkich parametrach. Eksport do niej z Polski wyniósł w 2001 r. 516 mln $, zaś import – 756 mln $. Łatwo teraz zrozumieć, czemu polska elita w stosunku do Białorusi jest obojętna i chyba taką w najbliższym czasie pozostanie. W dodatku, jeśli się nie zmieni dzisiejsze rozumienie problemów białorusko-polskich stosunków gospodarczych przez urzędników białoruskich, sytuacja tylko się pogorszy. Nie trzeba być wielkim naukowcem, żeby przewidzieć nagłe obniżenie się obrotu towarowego między naszymi państwami po wejściu Polski do Unii Europejskiej.
W białoruskim eksporcie do Polski znaczną część zajmują nawozy mineralne, przede wszystkim potasowe. Wedle danych z r. 2001 eksport nawozów stanowił 47,5 mln $ w tym potasowych 42,35 mln $. Prosta arytmetyka pokazuje, że było to prawie 30% całego eksportu białoruskiego w 2001. Wejście potasu białoruskiego w państwa UE jest zamknięte z powodu dawnych sankcji protekcjonistycznych zachodnich producentów. Natychmiast po wejściu do Unii Polska zacznie stosować te same ograniczenia. Czym wypełnić dziurę w 30%? Na tym tle mało prawdopodobnie wyglądają zapowiedzi posła białoruskiego Pavła Łatuški o podwójnym wzroście obrotu towarowego między naszymi krajami w ciągu jednego roku.
Czy można oczekiwać jakichkolwiek zmian w stosunku polskiej elity do Białorusi? Przy zachowaniu się zaobserwowanych tendencji można z pewnością powiedzieć – nie. Dostęp do „salonów politycznych” dla przedstawicieli białoruskich jest zamknięty. Dopóki nie zmieni się polityka dominujących państw Zachodu, Polacy, być może wewnętrznie nie zgadzając się z nią, ale będą ją wspierać. Co do „salonów biznesowych”, to czynownikom białoruskim, podświadomie utożsamiającym dużego przedsiębiorcę z czasowo przebywającym na wolności, trudno jest znaleźć z nim wspólny język.
Na zakończenie zaznaczę, że przedstawiona ocena stosunków polskiej elity politycznej i biznesowej nie rozpowszechnia się na przedstawicieli kultury, małych przedsiębiorców i zwykłych ludzi. Tu sprawa wygląda zupełnie inaczej. Żadnego innego narodu nie traktuje się z takim zainteresowaniem i życzliwością, jak Białorusinów. I właśnie to pozwala na zachowanie optymizmu i nadziei, że stosunki między naszymi państwami będą naprawdę dobrosąsiedzkimi.