O książkach i nie tylko
Zwyczajne, nieprzeszklone drzwi, przesłonięte firankami szyby, za którymi ledwie majaczy mnogość książek. Nie bardzo zadbana, jasna elewacja nieco cofniętego od ulicy budynku przy Gagarina 15, nie wyróżniającego się też żadnym jaskrawym, okazałym szyldem, nie informuje przechodnia o tym, co się za nimi kryje. A wystarczy pokonać kilkustopniowe schodki, by stanąć oko w oko z bogatymi ikonografiami, opasłymi słownikami, barwnymi pejzażami Europy Wschodniej, dziełami Dostojewskiego, Hawryluka czy Bykava... Do Centrum Kultury Słowiańskiej może przyjść każdy, ale przypadkowych gości w zasadzie się tu nie spotyka. Niemal każdy, kto tu zagląda, wie, po co i dlaczego staje w progach księgarni.
- Tutaj nikt nie jest gościem! – podkreśla prowadzący księgarnie od początku, tzn. od 1995 r. Jan Zabrocki. Każdy może usiąść, odpocząć, zasięgnąć rady, podyskutować, przejrzeć lub przeczytać wybrany tom przy stoliku, kupić, zamówić, ewentualnie nawet pożyczyć książkę do domu.
Pan
Jan Zabrocki przez 30 lat był w Polskiej Akademii Nauk szefem działu reklamy książek wysyłanych za granicę. Na przełomie lat 80-ych i 90-ych zauważył, że książki z krajów Europy Wschodniej nagle poznikały z półek księgarni, postanowił więc założyć placówkę, gdzie można by je nabyć. Początkowo otworzył taki punkt we własnym domu, więc zaczęli się do niego zjeżdżać profesorowie z całej Polski, zamieniając dom w salon dyskusyjny.
„W końcu musiałem specjalnie wynająć jakieś pomieszczenie” – wspomina Pan Zabrocki.
W taki sposób powstało Centrum Prasy i Książki Narodów Słowiańskich, dziś Centrum Kultury Słowiańskiej.
Jest to jedyna księgarnia w Warszawie, gdzie nabyć można książki w języku białoruskim. Czyżby przyczyną takiego stanu rzeczy była bieżąca sytuacja polityczna u naszych zabużańskich sąsiadów?
- Prezydenci przychodzą i odchodzą, a państwa i narody pozostają. Białoruś jest i będzie naszym sąsiadem, a z sąsiadami korzystnie jest żyć w zgodzie, kontaktować się, należy poznawać ich kulturę, historię. Wtedy łatwiej nam będzie ich zrozumieć.
Na dobrą sprawę, od ubiegłego roku w Warszawie jest już sporo imprez w dobrym wydaniu o Białorusi. Cieszy mnie, że ludzie zaczynają się tym krajem interesować. W maju, podczas targów książki, miałem stoisko przy Placu Zamkowym, gdzie wystawiałem pozycje wydane przez mniejszość białoruską w Polsce w języku polskim i białoruskim. Już pierwszego dnia sprzedałem wszystko, co miałem. Kupującymi byli przypadkowi ludzie, spacerowicze, przechodnie. Coraz więcej ludzi jest zainteresowanych Wschodem. Przez pierwsze 5 lat przemian byliśmy zachłyśnięci Zachodem. Dużą rolę odegrały media, podając same informacje o kradzieżach, rozbojach i odstraszając od podróżowania na Wschód. Na targach podchodzący do mojego stoiska ludzie często mówili: „ale tam już można jechać, tam jest spokojnie.””
Chyba najliczniejszą grupę ludzi odwiedzających Pana centrum stanowi młodzież akademicka. Pomagał Pan swego czasu studentom w przygotowaniu wyprawy rowerowej do Rosji. Czy wyjeżdżają studenci do Białorusi i czy Pan im w tym pomaga?
- Faktycznie zdarzyło się, że raz pomogłem w wytyczeniu trasy wyprawy rowerowej. Młodzież, która do mnie przychodzi, często wyjeżdża do Białorusi. Wracają bardzo zadowoleni.
W tym roku grupa ok. 30 polskich studentów zorganizowała sobie zabawę sylwestrową w Grodnie. Czy sądzi Pan, że ma to podłoże ekonomiczne?
- Nie. Coraz więcej młodzieży, nie tylko ze względu na niższe ceny, jest zainteresowana wyjazdem na Wschód. Na Zachodzie jest niestety coraz mniejszy kontakt z ludźmi, lecz w Białorusi czy na Ukrainie wciąż jest inaczej. Wem, że jako cudzoziemiec na ulicy mogę tam liczyć na pomoc praktycznie od każdego – gość to jest gość.
Powiedział Pan, że od roku odbywa się coraz więcej imprez, związaych z Białorusią. Czy uważa Pan, żewarto promować białoruską kulturę w Polsce, a jeśli tak to w jaki sposób?
- Moim marzeniem jest zorganizowanie latem w Łazienkach koncertu zespołów białoruskich z Polski i Białorusi. Pięć lat temu odbył się taki koncert zespołu Tałanka z Bielska Podlaskiego. Bez reklamy oglądało go ponad 500 osób, w większości przypadkowych spacerowiczów. Sprzedałem wówczas około 300 kaset.
A książki?
- Uważam, że promocja książki białoruskiej jest bardzo potrzebna.
W zeszlym roku w Białymstoku w amfiteatrze odbyły się „Dni Kultury Białoruskiej”, gdzie Centrum Kultury Słowiańskiej miało swoje stoisko. Sprzedaliśmy naprawdę dużo książek. Ku mojemu zaskoczeniu sprzedaliśmy wszystkie egzemplarze poematu „Novaja Ziamla” Jakuba Kołasa w tłumaczeniu Czesława Seniucha.
W kim tak wielkie zainteresowanie wzbudza białoruska literatura?
- Zauważyłem, że na Białostocczyźnie większość kupujących książki w języku białoruskim to ludzie zwyczajni, podczas gdy w Warszawie kupują je niemal wyłącznie fachowcy, specjaliści lub miłośnicy. Język białoruski jest nam w końcu bliski i w zasadzie dla Polaka biernie osiągalny bez większego wysiłku.
A jak Pan ocenia sytuację książki białoruskiej w samej Republice Białoruś?
- W Białorusi jest coraz większa ilość wydawców prywatnych. Sytuacja chyba nie jest zła. Dużo wydaje się w języku białoruskim.
Czy to oznacza, że stan wydawnictw białoruskich się poprawia?
- Rynek wydawnictw białoruskich w Białorusi nie maleje, a zwiększa się. Pozycje białoruskie, które dostaję, są coraz ciekawsze i jest ich coraz więcej.
Polskie książki w Białorusi są raczej trudno dostępne. Czy to się zmienia?
- Jak najbardziej! Jedna z największych w Mińsku księgarnia naukowa „Akademkniha” już sprzedaje książki w języku ukraińskim i możliwe, że otwarty zostanie dział książek w języku polskim. Z pewnością wzorują się w dużym stopniu na mojej księgarni, – uśmiecha się Jan Zabrocki.
Rozmawiał Michał Żejmis