|
«To, czego od świata potrzebuję, w Białorusi mam w nadmiarze...»
Rozmowa z Jackiem Kleyffem
W zeszłym roku byłeś w Mińsku. Z Orkiestrą Na Zdrowie, w ramach Polskiej Jesieni Kulturalnej, graliście tam we wrześniu koncert w Parku Czeluskincau. Byłeś w Mińsku tylko jeden dzień czy miałeś trochę więcej czasu na zwiedzanie miasta?
- Owszem miałem. Byliśmy tam bite trzy dni. Koncert graliśmy trzeciego dnia, tuż przed wsiadaniem do pociągu.
Jakie przywiozłeś wrażenia?
- Dla mnie Białoruś jest wielkim krajem, bardzo przestrzennym, z pięknymi rosłymi ludźmi. Wszyscy ludzie są wyżsi, mają dłuższe nogi – są zgrabniejsi – tak to widzę. Kobiety są przepiękne. Urzeka mnie fantastyczny kwas chlebowy, sprzedawany na ulicach. Bardzo smakuje mi znakomite ciemne pieczywo – nie przekwaszony, fantastycznie wypieczony, wilgotny prosty chleb. Nie mniej, cywilizacyjnie czułem, że jestem w Polsce sprzed dwudziestu pięciu lat.
Czy kiedykolwiek wcześniej byłeś na Białorusi?
-
Tak. Byłem dwa lata temu, w 2000 roku i muszę przyznać, że mimo wszystko, od tamtego czasu dostrzegam duży postęp. Podczas ostatniego pobytu zauważyłem dużo więcej zachodnich samochodów, skądinąd może używanych? Dwa lata temu w ogromnym markecie, w centrum miasta, nazywanym przez miejscowych „Komarowką”, stały lady, na których leżały paskudne śledzie i całość nie była zachwycająca. Natomiast teraz są tam stoiska z rodzaju spotykanych w naszych supermarketach. Inna sprawa, że w supermarkecie, przy całym dużym, okrągłym stoisku pracują trzy osoby, bo są kasy fiskalne i kody kreskowe. Tam sprzedawczynie wszystko piszą ręcznie i co półtora metra stoi kobieta pilnująca półek. W związku z tym rozumiem, że na Białorusi nie ma bezrobocia. Często się mówi, że obecnie panujący w Polsce system stworzył bezrobocie. Uważam, że to kłamstwo. To poprzednio panujący system stwarzał pozory pracy – ludzi, co półtora metra stojących z kopiowym ołówkiem i piszących jakieś znaczki. Na każdym piętrze etażowa, patrząca co ja robię. Kiedy w mińskiej restauracji zadzwoniła mi komórka, trzech panów wstało, aby rozglądać się komu dzwoni komórka. To wszystko są niestety przyszli bezrobotni, bo oni się niczego innego nie uczą robić.
Czy myślisz, że ta sytuacja ma szansę pozytywnie się odwrócić?
- Tego naprawdę nie wiem. Jestem za to pełen obaw, co do losu tych wszystkich sympatycznych ludzi. Załóżmy, że przyjdzie nowy system, jakiś tzw. okrągły stół. Po trzech, czterech latach większość z tych ludzi, która nie będzie umiała się przesterować, pójdzie w papierowych butach chodzić po dworcach. W Polsce jest masę biedy i bezrobocia. Utwierdzam się, że Białorusini siedzą, jak Polacy w upadłym PGR-e w koszalińskiem i czekają, aż im dyrekcja przyniesie i położy na wannie mydło i da świecę. Tylko, że to wszystko jest na poziomie szarego mydła i jednej świecy dziennie. Widać, że to urawniłowka w dół. W Polsce owszem, widać o wiele więcej bezrobotnych nędzarzy na dworcu, bo być może jest ich na Białorusi mniej? Owszem, na Białorusi widać czasami potwornie bogatych ludzi w ciemnych okularach i w czarnych BMW. Natomiast, średnia poziomu życia jest na Białorusi ewidentnie niższa niż... choćby w Polsce i życzę Białorusinom, kochanym ludziom, niesamowicie serdecznym, aby żyło im się lepiej!
Podczas naszego pobytu dostrzegłem lekki powiew wolności. Tegoroczna impreza była dużo większa niż poprzednim razem, gdy tam grałem, była w centralnej hali. Może dlatego, że towarzysz Łukaszenka zaczyna chcieć pojednać się z narodem? I to całym, nie tylko z tymi, którzy na niego głosują. Może przyszła pora? Życzę mu tego serdecznie. Także tego, że nawet jeżeli będzie musiał odejść, żeby nikt nie zechciał go potraktować po rumuńsku.
Nie od wczoraj kontaktujesz się z białoruskim światem muzycznym. Czy nawiązałeś tam jakieś bliższe znajomości, przyjaźnie?
- Znam kilku fantastycznych białoruskich muzyków, rzekłbym genialnych. Do moich największych przyjaciół należy Źmicier Wajciuškievič z dawnego Kriwi, należy Pit Paułau z obecnego Kriwi. Należy także Źmicier akordeonista, któremu harmonię, wartą 8 tys. dolarów amerykańskich, podobno zakupił sam Aleksander Łukaszenka, w nagrodę za wygranie znaczącego konkursu
muzycznego.
Czy jest coś, co Ciebie szczególnie w białoruskiej muzyce inspiruje?
- Duch. Nie mogę tu jednak wyodrębniać muzyki białoruskiej z pewnej całości. Kocham chóry cerkiewne, wielogłosy. Czuję to w każdej nutce granej przez takie zespoły, jak Kriwi. Nie umiem słuchać polskiej muzyki kościelnej. Pod tym względem uważam, że polski kościół powinien się od cerkwi uczyć, to może by mu klientela wzrosła. To, czego ja od świata potrzebuję, w Białorusi mam aż wnadmiarze. Ja nie potrzebuję luksusów. Są ludzie, którzy na Białoruś nie chcą jeździć, bo tam nie ma ani Champs d’Elysées ani francuskich
perfum.
Wschód Cię zajmuje?
- Mnie wręcz ciągnie na Wschód. Lubię Rosję, byłem na Bliskim Wschodzie, w Indiach i w Nepalu. Tak, że jest mi ten kierunek bliski, a Białoruś jest brylantem w łańcuszku moich, nie tak znów licznych podróży.
Wspomniałeś o muzyce cerkiewnej jako źródle inspiracji, a jakich konkretnych białoruskich wykonawców cenisz sobie najwyżej?
- Najlepiej mi znanym i najbliższym zespołem jest Kriwi, ponieważ próbują łączyć, podobnie jak my, muzykę współczesną i ludową tradycyjną. Orkiestra Na Zdrowie łączy polską muzykę ludową z reggae, ze śpiewami wschodnimi i z transem afrykańskim. Sami określamy się, że nasza muzyka to kujawiaczek aborygeński z Jamajki, trochę ruski, a trochę węgierski spod Ostrołęki! Myślę, że Kriwi, mieszając pewne gatunki i style, jak my, są od nas nieco bardziej perfekcyjni w tradycyjnych instrumentach. A z pewnością byli, bo na dobrą sprawę nie znam obecnego Kriwi. Pamiętam ich, kiedy był Pit, kiedy była Weronka i kiedy był Dima. We trójkę stanowili trzon zespołu, grającego m.in. na lirach korbowych, bałałajkach itd. Nie wiem, w którym to teraz kierunku poszło? Mam nadzieję, że mieszkając w Niemczech, nie są zmuszeni grać jakiegoś stylizowanego rock n’rolla. Mniej lubiłem momenty, w których oni rockowali dość ostro. Według mnie, są o wiele lepsi, gdzie przy zachowaniu rytmu, transu itd. są bliżsi brzmieniom tradycyjnym. Natomiast, kiedy odchodzą w kierunku czystego rocka, wolę posłuchać Pink Floyd lub Rolling Stones.
Zatrzymajmy się na chwilę przy instrumentalnej perfekcyjności Kriwi. W ostatnich latach na ulicach polskich miast pojawiło się sporo muzyków ze Wschodu, grających często na instrumentach w naszym kraju mało znanych. Często dodatkowym źródłem zarobku stało się dla nich sprowadzanie takich instrumentów. A czy na Białoruś zawędrował i zadomowił się jakiś tradycyjny polski instrument?
- Jeżeli chodzi o instrumenty, to Polska jest raczej krajem przelotowym w obie strony, ale... Takim instrumentem może są cymbały, które trochę świata zwiedziły i nie wykluczone, że zaszły na Białoruś właśnie z Polski. Pytanie tylko o skalę ich zastosowania na Białorusi? W Białoruś mogła z Polski zawędrować ligawka tzn. rura, na której się buczy. Dawniej opierano taką ligawkę o studnię oraz wrota do stodoły i do sąsiedniej wsi szła wiadomość, jak z tam-tam’ów, że na przykład Niemce idą.
Wracając do Twojego ostatniego mińskiego koncertu, jak odebrała Was publiczność, a jak Wy ją?
- Koncert oglądało ponad 700 osób. Zagraliśmy jako pierwsi, bo musieliśmy się śpieszyć na pociąg. Po nas grali jeszcze T.Love, Pidżama Porno i białoruski N.R.M. Niewiele więc wiem, co tam się później po naszym występie działo. Dla mnie, publiczność była świetna. Na początku, rozgrzewała się powoli, dochodziła i była trochę na „nie”, ale od którejś środkowej piosenki nagle zaskoczyło. Potem był jeden zbity tłum, który cały czas nas dopingował do roboty. Schodziliśmy z bisami. Koncert przyciągnął nawet uwagę telewizji. Już dawno w Polsce nie miałem tak żarliwego odbioru. Poza tym, byliśmy wygłodzeni na dużą imprezę. W Polsce mało ostatnio gramy, bo jest zastój.
Dlaczego?
- W tej chwili jest kryzys, organizuje się bardzo mało imprez, jeśli oczywiście ktoś nie jest pop.
Czy jeżeli dostaniecie sensowną propozycję ponownego występu w Białorusi, to ją przyjmiecie?
- Ależ oczywiście, że tak! Tylko musi być sensowna. Po koncercie, parę osób do nas podeszło niemal ze łzami w oczach mówiąc, że kochają naszą muzykę. To było bardzo miłe, choć odbywało się w pośpiechu, bo my pędziliśmy na 21:00, na dworzec. Nasza manager mówiła, że po imprezie padało wiele pytań o nasze płyty, no więc zobaczymy. My ze swej strony żadnych luksusów nie wymagamy. Możemy mieszkać w hotelach o standardzie akademików, ale musimy dojechać, musimy być w pełnym składzie czyli ośmioosobowym, mieć zagwarantowane nagłośnienie, bo my przewozimy tylko instrumenty, no i musi być jakieś honorarium – to jest jasne. Jak nadarzy się okazja, pojedziemy z przyjemnością.
Rozmawiał Michał Żejmis
|