Nie starcza nam życia
W tym roku z okazji Dnia Niepodległości Białorusi (85. rocznica proklamacji Białoruskiej Republiki Ludowej) w klubie Apetyt Architektów odbył się w końcu marca koncert znanego białoruskiego zespołu folkowego
Stary Olsa w składzie: Źmicier Sasnouski, Kacia Radziviłava, Illa Kublicki, Alaksandr Čumakou i Andrej Apanovič.
Muzycy wykonują dawne ballady, tańce i kompozycje średniowieczne. Wydali już trzy albumy: „Kielich koła” (2000), „Vir” (2001) oraz „Verbum” (2002). Kilka kompozycji weszło w skład unikatowego albumu „Legendy Wielkiego Księstwa
Litewskiego”.
Skąd się wzięła nazwa Stary Olsa?
Illa Kublicki: Nazwa ta to po pierwsze nazwa rzeki, a po drugie, określają tak las olchowy, który od czas do czasu jest zatapiany. U nas zawsze o to pytają, nawet na naszej stronie internetowej.
Źmicier Sasnouski: Ale rzeka jest bardzo mała, można ją nazwać strumykiem, a wywodzi się z języków starobałtyckich, w których oznaczało błoto
olchowe.
Ale co to ma wspólnego z zespołem i z muzyką, którą gracie?
I. K.: Ta nazwa jest przede wszystkim starożytna, średniowieczna, ma w sobie coś mistycznego, tak samo jak
muzyka.
Wróćmy w takim razie do źródeł: kiedy się zebraliście i czy od razu zdecydowaliście sięgrać właśnie taką muzykę?
I. K.: Tak, od razu.
Ź. S.: No nie, nie od razu, ale każdy z nas do Starego Olsy grał w zespole muzykę średniowieczną. Chorobę tę mieliśmy znacznie wcześniej, niż powstał nasz zespół.
Na przykład, Illa Kublicki grał muzykę lutniową i nagrywał się solowo jako gitarzysta, grający taką muzykę w Starej Litwie, która nadal istnieje, ale Illa jest już z nami. Kacia Radziviłava i Alaksandar Čumakou utworzyli zespół Bajandera. Grali średniowieczną muzykę europejską. Ja z kolei białoruską muzykę lubiłem od zawsze. Nasz Andrej Apanovič grał ciężki rock, lecz także interesował się muzyką Średniowiecza.
A więc kwestia naszego spotkania zależała tylko od
czasu.
W jaki sposób wybieracie kompozycje do wykonania?
I. K.: Po prostu ktoś przynosi nuty, z Internetu, gra tę kompozycję i już wspólnie decydujemy czy zagramy to czy nie. Zazwyczaj podejmujemy decyzję zwykłą większością głosów. Jesteśmy piątką, więc jeśli troje osób zechce coś zagrać, to dwoje pozostałych będzie to grać.
Ź. S.: Ta demokracja ma różne przejawy. Oczywiście dyskutujemy, przytaczamy argumenty. To dotyczy wszystkiego: co zagramy, na jakich instrumentach, w jakiej aranżacji, dotyczy także naszego pobytu gdzieś, prób. Mamy np. surową dyscyplinę, co prawda nie ma jakiegoś tyrana, który nad wszystkim panuje, sami tak postanowiliśmy: żeby normalnie pracować, mamy kary za spóźnienie, za spożycie alkoholu w przeddzień koncertu. Dzisiaj przez cały dzień wałęsaliśmy się po Warszawie [w dzień koncertu – M. Ł.], a piwa wypić nie
wolno!
A kto wymyślał te reguły?
I. K.: Życie. [Śmieją się]
Ź. S.: Reguły wymyślają różne osoby, one proponują, a my wprowadzamy w życie.
- Te reguły przyjęto jednomyślnie?
Ź. S.: Różne punkty przyjęto różną ilością głosów. [Śmiech] Na przykład regułę o alkoholu przyjęto jednogłośnie, zaś punkt o dobrym wyglądzie – czterema głosami. Nie mówmy o tym, kto był przeciwko. Mamy również karę za lekceważące potraktowanie własnego zdrowia, gdy w przeddzień koncertu ktoś zachoruje, bo źle to wpływa na wystąpienie.
Gracie nie tylko autentyczne kompozycje, lecz także i swoje?
Ź. S.: Za źródło służy muzyka średniowieczna, kameralna, zaczynając od Renesansu, popularna w Europie. Oczywiście, gramy najbogatszy folklor białoruski, który zachował sporo pozostałości szlacheckiego miejskiego otoczenia ballad historycznych – oto dopiero niewyczerpane źródło!
Wykorzystujemy także utwory kompozytorów białoruskich XVI – XVII w.: Wojciecha Długoraja, Wacława Szamatuła, Jana z Lublina itp. Nareszcie, pozwalamy sobie tworzyć w rygorystycznych granicach tradycji średniowiecznej muzyki, kierując się właściwymi jej regułami, grając na starych instrumentach – tzw. pseudośredniowiecze czy fantasy. Ale na tyle dokładnie kierujmy się stylistyką Średniowiecza, że podczas naszych koncertów nawet fachowcom trudno jest odróżnić oryginalną muzykę od stworzonej przez nas. Próbujemy w ten sposób po pierwsze uzupełnić luki, a po drugie uważamy, że nasi przodkowie nie grali ot tak sobie muzyki, oni ją układali. Jesteśmy bezpośrednimi potomkami, gramy na tych samych instrumentach, jeździmy na festiwale, gdzie naprawdę możemy się poczuć w tamtych czasach, a więc tak pozwalamy sobie tworzyć.
Ale tworzycie razem czy jest jakiś kierownik?
I. K.: Nie, wszyscy w zespole tworzą. Ktoś załóżmy w domu wymyślił jakąś melodię, przynosi, a my decydujemy, czy będziemy nad nią pracować. I robimy. U nas to wychodzi zadziwiająco szybko: podczas jednej próby możemy ułożyć kompozycję.
Ale wyróżniacie się nie tylko muzyką, jaką gracie, lecz także swoim wyglądem zewnętrznym.
I. K.: Mamy specjalne stroje, nad którymi dużo pracował Źmicier Sasnouski. Szył własnymi rękoma. Kostium Kaciaryny Radziviłavej to jego wspólny projekt z Maryną Astraucovą. Stroje zaprojektowano na podstawie autentycznych wykrojów.
Ź. S.: Odzież ma elementy fantasy, potrzebne na scenę. Nie możemy pozwolić sobie na dokładną rekonstrukcję. Tym się zajmują koła historyczne i kluby rycerskie. Musimy na scenie robić entourage świąteczny, coś podkreślać.
Czasem pełna rekonstrukcja jakiegoś procesu jest bardzo długa i kosztowna (np. produkcja materiału). Najbardziej interesujące jest to, że każdy ze strojów jest z różnej epoki i stanu. Taka różnorodność na scenie jest konieczna.
Andrej Apanovič to przykładowy wygląd Słowian z epoki Wielkiego Przesiedlenia czy wczesnych Wikingów. Kaciaryna Radziviłava to białoruska mieszczanka XV w. Illa Kublicki ma odzież uniwersalną nadwornego lutnisty. Alaksandar Čumakou odzwierciedla starożytne księstwa białoruskie XI – XII w. W ogóle ma sylwetkę gęślarza: opaska na głowę, długie blond włosy, czarny aksamitny płaszcz i maniera do zapinania. Ja mam dwa stroje – bo na kobzie trudno jest grać – arystokratyczny XV – XVI w. czyli nadworny lub urzędnika zamkowego, a nawet władcy, szlachcica średniej ręki.
Na to wskazywałby medalion i rekonstrukcja kindżału. Drugi to kostium mieszczański też ok. XV – XVI w. Jak stoimy z Kaciaryną pośrodku, to jesteśmy z tego samego okresu czasu i stanu majątkowego.
Czy dużo mieliście występów zagranicznych?
I. K.: Oczywiście, wyjeżdżaliśmy poza granice Białorusi: do Rosji, Litwy. Graliśmy w Wilnie dzięki ZBS Baćkauščyna, a teraz jesteśmy w
Polsce.
A jak oceniacie polską publiczność?
I. K.: Bardzo ciepło nas przyjęto, niestety, przyszło niedużo osób, malutki klub, ale tak tańczono i śpiewano razem z nami! Dawno już takiego nie mieliśmy.
Ź. S.: Muzykantów Starego Olsy publika już rozpieściła przepełnionymi salami, bo klubowych wystąpień u nas prawie nie było.
Kiedy planujecie wydanie następnego albumu?
Ź. S.: Mamy wymagania menedżerów, ale i tak się rozpędziliśmy. Po prostu nasza spuścizna średniowieczna jest tak bogata, że nie stawiamy na celu ilość. Bardzo dużo jest nowego, nowego i jeszcze raz nowego. Gramy tylko nowe melodie, ale w każdej kompozycji nowa aranżacja i instrumenty. Materiału jest ogrom, a ponieważ jesteśmy tym zachwyceni, to sporo pracujemy. Jeśli popatrzymy wstecz, zobaczymy niesamowity rozwój. Ale w wielu rzeczach możemy jeszcze się doskonalić.
Co do następnego albumu, musimy go wydać w końcu tego roku albo na początku następnego. Poświęcony będzie Zeszytom Połackiemu i Wileńskiemu: zbiór renesansowej i barokowej białoruskiej muzyki. Na liczne życzenia naszych miłośników pierwszy rozdział poświęcimy tradycyjnej muzyce dochrześcijańskiej.
Macie jeszcze własny warsztat instrumentów?
Ź. S.: O, to jest bolący temat. Chodzi o to, że własnymi rękoma możemy zrobić wiele rzeczy. Nawet spośród naszych instrumentów dużo zrobiliśmy sami: kobzę, gęśle (uczyłem się w Łotwie u mistrza muzycznego i to jest moja praca dyplomowa: są tam stare części i rekonstruowane nowe); lira była stara i zepsuta, lecz ją naprawiłem. Robimy instrumenty dlatego, że nie wszystko da się zdobyć. Mamy to, co można było zamówić w Białorusi i mieć oryginalne. Realizowaliśmy parę idei, nadal działamy, ale nie starcza życia.
Ostatnio często da się usłyszeć opinię, że Białorusini to naród chłopski. Czy możecie się z tym pogodzić?
Ź. S.: To jest najbardziej chore pytanie! Na pewno zainteresowałem się i zająłem tą muzyką z tej przyczyny, że białoruskim u nas się ogłasza tylko chłopskie. Łotysze wykorzystują w swoim stroju ludowym elementy różnych stanów i epok. Tak samo robią inne narody. Istnieje uniwersalny strój ludowy, łączący w sobie rozmaite elementy. W Białorusi tym strojem jest odzież chłopska k. XVIII – XIX w. Okazuje się, że nasze zespoły folkowe, jadąc na festiwale do Łotwy spotykają się z Łotyszami, ubranymi jak szlachta, dworzanie, chłopi. Przyjeżdżają Białorusini, potomkowie władców całej Łotwy aż do Bałtyku, komu ta Łotwa płaciła podatek, przyjeżdżają w chłopskiej odzieży!
W żaden sposób nie hańbimy naszego bardzo bogatego, rozwiniętego i szanowanego folkloru. Chyba nie ma narodu, który miałby 50 tomów Twórczości Ludowej (a każdy tom jest poświęcony poszczególnemu obrzędowi) – nikt nie może się tym pochwalić. Jednak współcześni ludzie, dorastający na asfalcie, kupujący jedzenie w sklepie, wyjeżdżający na wczasy za granicę, absolutnie nie rozumieją semantyki chłopskiej pracy, związanej z ziemią, ze zdobyciem wyżywienia dzięki uszanowaniu żywiołów natury itd. Dlatego główna idea polega na tym, żeby dać współczesnemu człowiekowi poczucie dumy z własnej historii.
Nie chcę powiedzieć, że historia chłopstwa honorem nie jest, ale mieliśmy też bardzo heroiczną historię szlachectwa i nie mniej heroiczną – mieszczaństwa, olbrzymią i bardzo skomplikowaną historię duchowieństwa w Białorusi. Mamy kilkadziesiąt tomów historii chłopstwa i nikogo poza tym.
Idea była w tym, żeby w zsyntezowanej formule kultury podać kulturę średniowieczną i pokazać, na ile była ona rozwinięta i dojrzała. Nie znajdziemy tam żadnego kompleksu niepełnowartości. Jest tam natomiast nieukryty honor ze swej Ojczyzny, chęć dla niej pracować, tu żyć i zarabiać. Chcieliśmy grać syntezę Średniowiecza, dlatego mamy folk i muzykę dworską, i miejską, i ogólnoeuropejską.
Ale mówicie o swej muzyce, że jest ze „średniowiecznego miasta”?
Ź. S.: Właśnie miasto średniowieczne było taką syntezą kulturową, nazywam to czasem winegretem, gdzie mieszały się wszystkie style. Mieszczanie grali i śpiewali folklor, ale bez nadania semantyki obrzędowo-rolniczej. Grali muzykę dworską, lecz nie nadawali semantyki ceremonialnej. Grali modną muzykę całej Europy, bo ona była modna. Dlatego charakteryzujemy własną muzykę jako muzykę białoruskiego miasta, bo ma ona wszystkie
kierunki.
Co na koniec chcielibyście powiedzieć naszym czytelnikom?
Ź. S.: W Polsce zachowało się dużo pozostałości tego czasu, który najbardziej lubimy. Tę kulturę trzeba popularyzować, odświeżać, podwyższać. W Białorusi mamy ogromne zainteresowanie tym. Niestety, sytuacja gospodarcza nie pozwala zajmować się każdym zabytkiem.
To wszystko da się połączyć. Polacy to jedyny naród, z którym nigdy nie walczyliśmy.
Myślę, że rekonstruować swą spuściznę i być z niej dumnymi Polacy nie potrafią bez swojej wschodniej części historii, wspólnej z Białorusinami. Mamy tyle wspólnego, że przy dobrych chęciach i dążeniu do bycia dumnym z własnej historii nie możemy się obejść jeden bez
drugiego.
Rozmawiały: Maryja Łucevič i Nadzieja Kisialova