|
Z
„Czarnoruskiej kroniki trędowatych”
Splamiony honor arcybiskupa
Eugeniusz Kabatc
Arcybiskup z Lublina wyruszył o świcie, ale przed wieczorem nie dotarł do Brześcia. Spóźniał się i nie był w dobrym humorze. Ludzie z orszaku bali się jego gniewu, konie jednak nie wytrzymały narzuconego wcześniej tempa – rzemiennym dyszlem mieli osiągnąć Wołkowysk w ciągu tygodnia.
Arcybiskup nie beształ swoich ludzi, przeżywał jednak dziwne uczucie lęku, że cała jego wyprawa na północ, na spotkanie z pełnomocnikiem wielkiego księcia, skończy się okaleczeniem jego duszy.
Mój wuj na ten temat miał swoje zdanie. W kronikach zapisał coś co kazało mi zatrzymać się przy tym epizodzie na dłużej. I do końca pozostałem niepewny, czy dobrze go zrozumiałem i co naprawdę zaszło między nimi w drodze do Wołkowyska.
Sprawa od początku wyglądała podejrzanie. Arcybiskup twierdził, że jego honor został splamiony przez innych, wuj upierał się, że to on sam, ekscelencja, splamił go sobie. Czarnoruska kronika zawiera na ten temat jeszcze jedno świadectwo, samego księcia Witołda, który przez jakiś czas musiał przesiadywać w klasztorze trędowatych, ale i ono nie wyjaśnia wszystkiego, niektóre rzeczy nawet gmatwając. Książę, komentował mój kształcony u Akwinaty wuj, „bierzcie za substancję to, co jest tylko jej przypadłością”. Witołd, owszem , był osobiście zainteresowany tym, żeby wywieść arcybiskupa w pole, ale to właśnie odbiera prawdomówność jego niektórym słowom.
Trzeba oddać sprawiedliwość hierarsze, który porzuciwszy swój ciepły o tej porze wiosennej Lublin, podjął trud podróży na północ, do Brześcia, Wołkowyska, Wilna. Wiózł w sercu nie tylko czystą, rzymską wiarę, ale i głębokie przeświadczenie, że przed tą wiarą otworzą się bramy wołkowyskiej tajemnicy. Świątynia, którą Jogajła jako pogańską kazał usunąć z drogi ku krakowskiemu chrześcijaństwu, była już konsekrowana w rycie bizantyjskim, o czym wuj arcybiskupowi dokładnie opowiedział. Spotkawszy go w imieniu księżnej Matyldy w Brześciu, miał potem szczęśliwie dowieźć do naszych lasów i tam wygodnie we dworze myśliwskim umieścić.
Byli podobni do siebie. Już po wędrówkach w świcie, po szkołach włoskich w Padwie i Pawii, wygadani po nauczycielsku, nauczający nawet siebie. „Byłem wtedy u księżnej Matyldy na półusługach – pisał w swojej kronice wuj Mikołaj – Na trochę uwięziłem swoją swobodę, poświęciłem ją, przynajmniej na czas jakiś, nauczaniu naszych bojarów wiedzy o czarnoruskiej ziemi nazbyt łatwo oddawanej w pacht Litwie i Polszcze”.
Ale nawet papieżowi nie wystarczał rząd dusz. Czarnoruś leżącą na drodze do Wilna trzeba było złamać jak młody las i zostawić ją niczym udeptaną ziemię pod przyszłe harce zbrojnych. Dopóki jednak nie było to możliwe, arcybiskup zachowywał pewną ostrożność zarówno w czynie, jak i w słowie, hamując zapędy narodowej kurii, a surowej ocenie poddając jedynie czarnoruską przeszłość. Uznał, że wszystko, co gnije i martwieje w tej jego nowej rozrastającej się na północ archidiecezji, ma swoje źródło w mrocznych wydarzeniach i zbrodniach tej oto rozciągającej się przed nim leśnej krainy. Pewnie był bystrzejszy od wuja Mikołaja, ale nie zauważył po drodze siły martwego drewna (polityczność go zwyciężała), a kiedy po raz pierwszy posłużył się Katonem Starszym i zakończył swoją perorę pamiętnym „Cettero conseum Carthagine Esse delendam”, wuj poczuł mroźny deszcz w krzyżach. Na wszelki wypadek pożegnał się zapytał tylko: „Czy razem ze św. Augustynem?”.
Nie, czytałem w jego zapiskach, nie przestraszył się jednak należycie i nie doszło jeszcze do konfliktu. Pora była słoneczna, najbardziej zwarte kompleksy puszczy Białowieskiej omijali traktem wschodnim, nastrój psuły komary buszujące nad bagnami Muchowca, ale jechało się przecież gościnnie i było dużo okowity i miodu w podnoszonych garncach. Arcybiskup, jakby w dalszej odpowiedzi, usłyszał wtedy: „Nie bójcie się, panie, innej kultury, ona was ubogaci, uwrażliwi, pomoże pojąć lepiej własne grzechy”.
Nad świadomość wuja była dla mnie oczywista, wynikała przecież z samego założenia opowieść i kronik, zaskoczyła mnie natomiast futurystyczna samowiedza arcybiskupa, jaką ożywił w sobie w pośpiesznej reakcji na rzekome proroctwa Mikołaja. Wuj powiedział mu tylko (patrząc nań z góry, był wyższy o głowę), że choć Bóg Czarnorusów i Litwinów wygląda rzeczywiście inaczej niż Bóg Polaków i Krzyżaków, to nie trzeba go palić, bo potem, jak wiadomo, roznieca się pożar także w sercach ludzkich. Arcybiskup aż się zatrzymał. „Donoszą mi, że siejesz nienawiść - odrzekł nieoczekiwanie, podnosząc wysoko oczy, a zapełgały w nich iskry bliskich pożarów. Miał przyśpieszony oddech i pot na czole przy pulsujących skroniach. A tego nie wolno robić”. To były słowa zaczerpnięte z dalekiej przyszłości, o czym mógł nie wiedzieć ale co poczuł jak zagrożenia swojego sumienia. (Liturgia Krzyża, Cierpieniu op. 12/. Odwrócił głowę, bo nie mógł patrzeć na tego bezbożnego człowieka. On był jego sumieniem. Czy to możliwe? „Właśnie – usłyszał. – Tego nie wolno robić.” Więc kto weźmie na siebie ciężar odpowiedzialności?
Nienawiść rodzi się z niesprawiedliwości, jest nieodrodną córką swojej tragicznej matki. Ojcowie bywają różni. Jaćwingów dobijali nie tylko Krzyżacy. Uchodźcy na Mazowsze też nie utrzymali się długo. Kiedy schronili się do Wołkowyska, Czarnorusini czym prędzej skorzystali z ich sprawności i oręża. „W ostatecznej obronie przed Kościołem”, wyznał Mikołaj. „Przed rzymskim Kościołem”. „Czego się boicie?” Arcybiskup wcale nie był oburzony. „Siły.” „Słabością niczego nie obronisz. Ty też szukasz siły”.
Wuj nie mógł odmówić mu racji. Wiedząc wszelako, że zawsze są dwie siły, dobra i zła, tej drugiej bał się najpierw dlatego, że bywała obłudnicą, jak ją nazywał, z łatwością przebierając się w szaty pierwszej. Tak, zgodził się arcybiskup, to wielka aktorzyca. Aktorzyca? – zdziwił się wuj Mikołaj. Więc jeśli dobrze zagra, to mamy się zachwycać? Skutek jest ważny – odrzekł arcybiskup. – wszakże to Pan Bóg prowadzi grę. Czy także z naszą wolną wolą? – zaśmiał się wuj Mikołaj.
Jakby po drodze zadałem im obu moje własne pytanie o sposób na odgadywanie boskich zamiarów. Skutek wszelkiej gry odbierają ludzie – czy chodzi o to, że tylko perfekcja godzi się Bogu? Zostałem natychmiast skarcony przez wuja, który odpowiadał właśnie na metafory biskupa. „Człowiek o wszystkim decyduje, człowiek zanurzony w naturę rzeczy i w swój czas. W swój czas – powtórzył, - bez wyciągania go za uszy poza historię. Nie jesteśmy u Pana Boga za piecem, nie jesteśmy na stałe za Jego plecami, ani za prawicą, ani za lewicą Jego. Świątynie dla Niego wznosimy, On ma swoich dość i bez nas. Ot, choćby tu, popatrzcie, panie, wokoło, na ten bór, na polanę, na jezioro. – Wuj zatoczył ręką, obejmując tym ruchem nawet wilki wśród chaszczy po drugiej stronie jesiołdy. – Czyż rzeczy piękniejsze ludzie gdzieś tworzą?” „Ależ piękne to jest, jakież! – przytaknął pośpiesznie arcybiskup, lecz w stronę wilków spoglądał nieufnie.) „Jakby znowu czegoś się bał”, zapisał Mikołaj.) Ale jako sługa boży człowiek rządzi tym pięknem. Boga najwięcej jest w człowieku.” Niemal ostrzegawczo podniósł rękę wuj Mikołaj. „Wy, dostojny arcybiskupie, Boga z człowiekiem, proszę, nie mieszajcie. Zostawcie boskość w niebie, a nam na ziemi nasze małe panowanie.” „Nie chcecie tutaj Pana Naszego?” „On jest wśród nas, ale jako gość.” „Nie wierzycie w prawdziwego Boga”, zawyrokował arcybiskup.
Te ziemie były mu obce. Dojeżdżali już do Wołkowyska, lasy przed miastem trochę zrzedły, ale dwór myśliwskim który gościnnie otworzył się na ich przybycie, wypełniony był trofeami łownej zwierzyny. „Pewnie łatwo tu polować”, zauważył arcybiskup. „Zwierzyna wokół jest łatwa, ale lud jest trudny”, uprzedził wuj Mikołaj. „Mówią, że jest trędowaty”, powiedział arcybiskup pilnie popatrując na swojego przewodnika. „Jego myśli są trędowate, uściślił wuj Mikołaj, ale nie bójcie się, gościu wielebny, chowamy je po klasztorach”.
„Zawsze utrzymywałem, że zło przychodzi z północy – dekretował mocą swej hierarchicznej władzy arcybiskup, - że ludzie tu bywają jako wilcy.”
Wuj Mikołaj westchnął bezradnie i zapraszająco wskazał na wnętrze dworu. Ulokowano ich tu wygodnie wśród rzeźbionego kunsztownie mebla, wśród skór przytulnych i suchych, przy oknach czystych z widokiem puszczy wiosennie zielonej i silnych kobiet w ogrodzie. Słońce kradł się na ich obnażonych łydkach i wtedy cała polana ożywała jak złocisty ul. Popijając mleko z miodem i zajadając z nieukrywanym smakiem skibę razowca, arcybiskup nie mógł zareagować po swojemu. „Pokusa jest matką grzechu – powiedział. – Jedynie mury klasztorne mogą uchronić przed nimi”. „Świat mały przed dużym?” – zapytał wuj Mikołaj. „świat ducha jest światłem największym - odrzekł arcybiskup. – Ne miscantur scara profanis!”
Wuj Mikołaj speszył się nieco, ale wycofał się raczej nie w porę. „Chciałem tylko powiedzieć – tłumaczył się jakby nigdy nie był w Bolonii – że my tu nie jesteśmy jako wilcy. Jednako nie chcemy też być jako owce”.
Arcybiskup miał żywą inteligencję, ale wyobraźnię kaził mu upór. Nie odrywał oczu od śmiejących się za oknem kobiet i gotów był przysiąc, że to nie są owce. „Lupus in Fabula”, powiedział po swojemu, z ogromnym przekonaniem, że w ten sposób przewrotnie sam sobie zaprzecza. Obaj brnęli w jakiś fałsz, w ową wielką nieprawdę słów, w której nic już się nie zgadzało ani z czynem, ani z życiem, choć tak bardzo substancję właśnie chcieli nazwać i skierować przeciwko sobie, „O tej porze wilcy nie nachodzą ludzi – powiedział wuj Mikołaj. – Nawet nasz wołk wołkowyski, którego diablugą zwą, zaszył się gdzieś w chaszcze leśne przynajmniej do jesieni”. Niepotrzebnie to powiedział, przedwcześnie. Nic nie było jeszcze wiadome na pewno, bo dziwny to był rok, ten jagielloński, wszystko w nim układało się na opak, wilki w najcieplejsze dni lata podchodziły pod ludzkie siedziby, a nasz wołk wołków, diabluga o nadludzkim sprycie, pojawiał się nawet w grodzie, gdzieś między zamkiem a klasztorem, w każdą księżycową noc. „Zawinią pasterze wilków”, ogłosił proroczo arcybiskup. Wstał od stołu, przeciągnął się ziewając, ale choć przy swoim wzroście nie sięgnął powały, pod którą, nisko suszyły się pachnące zioła, niefortunnie nadział palec na drobniutki cierń ostu. Aż syknął. „Wejdźcie na górę i prześpijcie się, dobry panie”, powiedział wuj Mikołaj. Arcybiskup spojrzał na niego ze złością człowieka podwójnie upokorzonego. „Pod pierzyną i w puchłach łoża sławy się nie łowi”, odwarknął tercyną Dantego, której wuj nie wysłuchał do końca, gdyż zagłuszyły ją werble. W sobie on więcej słyszał, zdarzało się, że coś mu się wtrącało do rzeczywistości, teraz ten marsz ku sławie nowych panów gości, zwycięski, niemal barbarzyński...Wiatr mądrości wieje kędy chce, a jemu wciąż przynosił echa nieposkromionej przyszłości. Wielki książę, już wkrótce król Władysław II, będzie potrzebował nie tylko arcybiskupa krakowskiego do podtrzymania miecza – oto tu, na nowych kresach królestwa, i biskup lubelski wyrośnie wreszcie ponad turowskiego, pierwszego dotąd na tych nękanych już tatarszczyzną ziemiach.
Zostawmy teraz w spokoju późniejsze wydarzenia, jest ich bez liku, za dużo na to, by móc objawić je sobie jako porządek historii. (Co do „porządku historii”, to myślę, że nigdy nie ma ona prawdziwego porządku, a wtenczas zależała tyleż od wuja Mikołaja, co od arcybiskupa z Lublina, kiedy mogli oni podjąć między sobą dialog rzeczowym rzekłbym, proroczy, a stanęli naprzeciw siebie z orężem ostrym bez pojęcia i potrzeby.) Trudno mi przyjąć na swoje barki rolę sędziego czy choćby rozjemcy w sprawach tamtych lat, za młody byłem na dojrzałe wybory, zapiski z klasztoru nie stanowiły jeszcze dostatecznie czytelnej kroniki, a czyny – tego już się wtedy nauczyłem, zawsze potrzebują odpowiedzialnej interpretacji. Czy róża jest kwiatem? Zapytywałem siebie z głupia frant, brnąc coraz głębiej i dalej, do utraty tchu, w wyczesywanie sensów z pola słów, na którym przyszło żyć i myśleć w klasztorze. Czy pozostaje nią jeszcze wówczas, gdy osypią się już z niej wszystkie pachnące kwiatki?
Lubelski wysłannik odsunął się od wuja Mikołaja w tej samej chwili, w której zrozumiał, że wuj jest trędowaty. Zaraz nieufności wobec prawd objawionych jest brzydką chorobą, stwierdził dygnitarz na swój własny użytek, zdradliwą. Morowe powietrze oddzielające substancję od przypadłości (odwołał się do Akwinaty, jakby wychodząc na spotkanie Mikołajowi) ani chybi sprowadzi człowieka ku wielkiemu osamotnieniu. Oddzieli człowieka od człowieka: zdrowy i chory znajdą się po obu stronach tej samej drogi.
Arcybiskup poczuł krew na palcu, włożył go sobie do ust, wyssał jak trzeba, usłyszał „na górce macie czystą wodę, panie”, nie w smak mu była ta życzliwość gospodarza, „nic mi nie jest” odpowiedział z nagłym zniecierpliwieniem. Nie czuł się dobrze tak ponaglany, niemal popychany przez kogoś z boku, on władca słowa i świętych , obejmujący tu nową władzę, choć o tym nie mówił, ręka dziwnie ociężała. Nie potrzebował wsparcia, jeszcze był pewny siebie, zdrowy – nie od razu skierował się ku schodom wiodącym do izby wyższej. Robił wrażenie kogoś, kto waha się, czy jednak nie zaprosić ze sobą tego odstępcy, ale pewnie dobrego przewodnika po czarnoruskich uroczyskach. Mógłby zostać jego przyjacielem, a trzeba go będzie oddać ogniom piekła...
Te kobiety z ogrodu przyszły wkrótce do jego łoża, ale przysiadły tylko na skraju. Nic nie mówiły, nie śpiewały, patrzyły na niego przesłaniając twarze, jakby i one były dotknięte trądem. Mój Boże, pomyślał, to będzie zły sen.
Zawirowało wokół. On też tańczył w kręgu tych kobiet, które zaludniły jego izbę i pachniały ziołami. Jak wszystko dokoła, powinni się dodać. Ba, łatwo powiedzieć tak jednym tchem: jak wszystko dokoła...Ale kiedy wkraczamy w czyjś sen, to któż jest w stanie odgadnąć, na którym stopniu zmysłów trafimy na prawdziwość w jakim kręgu doznań coś wreszcie zrozumiemy, zwłaszcza gdy zmrok zapada i nawet siebie trudno jest rozpoznać. Z niechęcią i wstydem arcybiskup przyznawał, że i on tańczył, jak tańczyły wokół – właśnie jak wszystko dokoła – te młode i stare ogrodniczki, które w rozkołysaniu ciał i oczu wypełniły dom. Na chwilę nad ich wyciągniętymi ramionami zobaczył harfy anielskie, a może nie widział ich wcale, skoro nie słyszał, jedynie zapragnął tego. Pojawiło się zatem już w założeniu, że coś powinno być i występuje w formie incorporeitatis, jak powiedziano u Tomasza, jest jednak naprawdę (naprawdę we śnie) w dźwiękach piszczałek, fujarek, fletni.
No więc sen goszczonego hierarchy trzeba podzielić na dwie części. Pierwszą była ta, która wykwitała jako apoteoza harmonii świata stworzonego przez Pana i niosła przesłanie wiary, jednej i wspólnej w człowieku jako w istocie proste, lecz ogarniętej wiatrem Ducha Świętego, który bieży przez jasne łąki i mroczne bory ze wschodu na zachód i z powrotem. Taniec arcybiskupa jest krokiem pasterza wiodącego swoje owce wedle dźwięków i rytmów Nieba.
„W drugiej części ja zawiniłem”, zapisał w swojej kronice wuj Mikołaj. „Wyprowadziłem go z domu snu na żywą polanę naszego obrzędu. Kapłan, pomyślałem, to więcej niż wodzirej – w ciasnych ścianach karczmy ni z kaplicy zmieścić się nie może”. A ja, w swojej wścibskiej nadświadomości, uzupełniłem: to więcej niż chochoł na weselu.
Dziady u nas zawsze odbywają się po swojemu. Ci bracia z Nowogródka, co czasem przybywali na nasze święto, rozpowiadali potem, że kiedy w tę noc uchodzimy z domu, to tak jakbyśmy opuszczali cerkiew i szli na spotkanie potomków, daleko przed siebie, w niepojęty sposób wyprzedzając czas. Wuj się z tym nie zgadzał, mówił, że są to drobne prawdki, roznoszone bez zastanowienia przez handlarzy słów. Trzymajmy się prawdy życia, utrzymywał, nawet jeśli jest ona większa niż życie i trochę wyprzedza, ale i się cofa. „Idzie nowe – zapisał – ale lud nie może żyć bez korzeni. Drzewo by uschło, a co dopiero człowiek”. Arcybiskup po tańcach i miodach jakby się oczyścił. A po kąpieli w stawie z rusałkami, wśród dębów, z których kapały gwiezdne łzy, poczuł się lekki, odmieniony, powiedziałbym, jak gość z innej planety. Ale wuj użył słowa „zwyczajny”. I nie dlatego, że zmienił strój i w białej, lnianej koszuli wyglądał jak wszyscy wokół, bo wszyscy wokół byli wewnętrznie tak samo odmienieni, a strój, jak to strój, ułatwiał jedynie zbliżanie się do bóstwa i ducha. Do duchów – podkreślał wuj. – Nie było tam żadnego bóstwa, powtarzasz jedynie pomysły ojca arcybiskupa. Pamiętaj, puszcza należy do nas i do naszych duchów. Nie słyszałem ich głosów, zaoponowałem. – Czy oni także zostali odmienieni? Jak ludzie?
Ludzie byli jaśni. Świecili sobą jak nowonarodzeni. Zapomina się o tym fenomenie w mrokach lat, gdy się na krótko odzyskuje przetworzoną obrzędem życia, skupioną młodość. Rozproszone myśli i uczucia wracały do siebie, do swoich gniazd, które wraz z odkrywaniem rozumnego świata stawały się wspólną przestrzenią o brzasku – gdy nie ma jeszcze nowego boga a stary zanika bezsilnie. Było to raczej gniazdo przeczuwanie, zawieszone w kołysce narodzin, takiej elementarnej konstatacji oczywistości, immanencji bytu, jakby powiedział wuj Mikołaj, ale bardziej zaistnienia niż klasyfikacji. Wuj nie do końca umiał mi wyjaśnić wielkości tego misterium, określając jego najważniejszą cechę objawieniem spontanicznego rozumu. Arcybiskup rozwinął potem wokół tego pojęcia swoją krytyczną polemikę, ale podczas tamtej trudnej dla niego nocy zachowywał się pokornie jak królik. Duchy obsiadły go gęsto, wzniecając monotonny szmer, w którym słów jednak nie było. Było poczęcie czystej modlitwy, do której nie mógł się włączyć, nie rozumiejąc jej jak pętli czasu, w jakiej się znalazł nie bez pewnej radości. Zlewała się modlitwa sensem przeszłości i przyszłości, niewidzialną strugą wpadając do głębokiego kielicha kosmosu, a może tylko zagadkową zeugmą do leśnego jeziorka u stóp, wypełniając ją trwałą mgłą znaczeń. Czasami bywa księżyc, dopowiadam od siebie, a wtedy szmer przerasta w gwar, modlitwa w pieśń, a światła zmarłych rozpływają się po białej powierzchni wody jak wianki kupalskie...Nadstawiał gość nasz swoich szlachetnych uszu, by dotrzeć jednak do sensu tych głosów dalekich i bliskich, modlitwy bez słów, bez słów jak i bez klucza dla takich jak on, w którego świecie nawet największe tajemnice boskie w słowie są zawarte. Swoje oczyszczenie znosił cierpliwie, jakby za karę po radościach z młodymi kobietami w tańcu, po słabościach woli. Widział z góry, ze skarpy podleśnej, upstrzoną gwiazdami ludzkiej obecności taflę jeziorka i jego brzegi zmącone smugami samokształtnych oparów, mógł wreszcie wypatrzyć to miejsce po drugiej stronie, u najważniejszego źródła bodaj, gdzie gęsto było od najjaśniejszych szat bez życia, wypełniających kotlinkę jak ryby w podrywie sieci...
Schizma, czysta schizma, mówił potem do wuja Mikołaja. Podwójna pretensja w głosie i oczach nadawała jego postawie wyraz należytej wojowniczości. Nie wolno ci było mnie tego robić. Ani jednego Chrystusowego słowa! Wstyd mi. Ani jednego poddańczego pokłonu. Wszystko po rusku i obok.
Po czarnorusku – poprawił go z zatroskaniem wuj Mikołaj. Nie mogłeś, ojcze biskupie, zrozumieć, bo to było we śnie.
Gość nie był tego wcale pewny. Odnosił wrażenie, że tam, u źródła, knuto nocą jakiś spisek. Zrozumiałem więcej, niż ci się wydaje. Sprowadziłeś mnie na poziom pogańszczyzny – poskarżył się. Splamiłeś mi honor. A kiedy wuj zwrócił mu uwagę, że przed chwilą była mowa o spisku i schizmie, odrzekł, że to na jedno wychodzi, bo dzieją się tu rzeczy pod każdym względzie niedopuszczalne. „Wasza czarnoruska schizma zalatuje zwyczajnym pogaństwem, bo chrystianizacja spłynęła z was jak biały śnieg z pierwszą wiosenną wodą, z waszym Jordanem, jakim mnie uraczyłeś, chcąc wytrącić katolickiego kapłana z jego rzymskiej równowagi...”
To już było w Wołkowysku, zbliżali się do zamku, gość po nocnej eskapadzie powracał do siebie, na swój pewny grunt nowego władyki. Zestawiał swoje myśli wcześniejsze z zaufaniem do wiedzy królewskiego plenipotenta i wielce się dziwił, że jedynie w ogniwie łączącym znajdował miejsce dla możliwej kontrowersji. Wuj Mikołaj odmawiał przyjęcia takiego założenia, domagając się pełniejszej jawności w dyspucie tyleż o polityczności czasu, co jego religijności. Chodziło o upowszechnienie takich myśli utwierdzających obecność człowieka na ziemi, by można było znaleźć się w jednym kościele, nadrzędnym, ale naturalnym, istniejącym poza naszymi doraźnymi wyborami, w ekumenizmie życia. Szli, a wciąż się słowami przerzucali, aż straże przed bramą podejrzliwie im się przyjrzały, choć znawstwo było widoczne i wszelkie glejty czystość intencji wysłanników lubelskich potwierdzały. Arcybiskup rozglądał się po szczegółach okiem czujnym, ale dyskursu swojego nie wypuszczał samopas. Jeszcze pilnował tej przestrzeni między snem a jawą nocną, jaką z czarnym niepokojem przeżywał i komentował, wspierając się swoją stałą prawdą; że fakty są tylko wtedy ważne, kiedy dadzą się odpowiednio zinterpretować.
Jeszcze nie umiał wszystkie dobrze nazwać, ale próbował silniej stawiać kroki na tej czarnoruskiej, litewskiej ziemi, jakby przybijając do niej swój ważny, władczy ślad. Tak, był gotów zaufać temu człowiekowi, który imponował mi nie tylko swoją wiedzą, ale i sposobem jej wykorzystywania, posługiwania się nią jak bronią tyleż zręczną, co podstępną. On też interpretował fakty jak figury na szachownicy i z możliwego sojusznika stawał się orzechem do rozbicia. I rozbije go, nim tamten zdąży ułożyć się z nim, człowiekiem Krakowa i Rzymu, czystym teraz po nocnych, puszczańskich ablucjach, przeciw nowym, wawelskim Jagiellonom. Dał się wyprowadzić w pole, ale nie do końca – Bóg czuwa, przywróci mu splamiony honor misjonarza prawdy.
Z ulgą spojrzał na tego, który szedł teraz obok cicho, niemal na palcach – jak duch odkrytego nagle zagrożenia. Pomyślał, że Mikołaj wiedzie go do komnat książęcych, niczym do jaskini wilkołaków. Niczego tu nie był pewien, trzeba będzie wiele siły i stanowczości, żeby ten świat ucywilizować...Ciemnosmoliste drewno wnętrz nie odbijało słonecznego światła wiosny, choć przytkane nim klimy na ścianach ożywiały nieco korytarze naziemnych przejść i wnosiły do zamku odrobinę ciepła. „Mamy większe zamczysko”, powiedział nieoczekiwanie arcybiskup. Nie było jasne, czy powiedział to do siebie, czy zareagował tak na zagęszczającą się obecność widmowego przewodnika. Coraz więcej scen i projekcji będzie się teraz przenikało, jakby i same osoby, mimo ich wysiłków, nie mogły się już wyodrębnić.
Stanęli przed dużymi drzewami świętej komnaty. Były zamknięte, ale nie do końca, jakby naruszone niedawno jakąś siłą zewnętrzną – ogniem, dzikim wichrem, grzmotem – wypaczyły się, straciły formę i trochę listw dekoracyjnych ze starej palmety, a pośrodku jednoskrzydłowego panneau najpewniej obraz jakiś. „Odgadłeś, książę arcybiskupie. To była nasza Czarna Ikona z Antiochii”. Za szybko lubelski władyka odpowiedział, żeby to było szczere. „Nasze malowidła zamkowe kładziemy al fresco.” – Więc od razu uzupełnił z należytą troską: „Słyszałem, że zniknęła w noc pożaru”. „Pożar strawił tylko chram” – usłyszał z pewnej oddali.
Mikołaj wycofał się dyskretnie, zostawiając gościa sam na sam z tą resztą ołtarzowych drzwi, które stopniowo zamieniały się w znak zamkowego sanktuarium. Także zbrojni ze straży odsunęli się w głąb sali, zabierając ze sobą dworzan i księży z orszakiem arcybiskupa. „Spotkamy się jutro na pogorzelisku”. Nikt wówczas nie zwrócił jeszcze uwagi na moc Mikołajowych słów, które miały wejść do historii w cieniu ołtarza jako powielany na wszelkie sposoby panchreston. Z wyjątkiem lubelskiego arcybiskupa właśnie, który – gdy drzwi się otwarły – powiedział: „Wchodzę tutaj z czołem powstydzonym”.
*
Ach, cóż to za odpowiedź była. „Niestosowne słowa, księże arcybiskupie”, zganiła gościa księżna Matylda. Stała pośrodku kaplicznej komnaty, wśród świętych ikon, sama jak ikona piękna, Ciemna, jak tamta przywieziona przez wuja Mikołaja z dalekiej bizantyjsko-rzymskiej drogi i odebrana z Dantejskim słowem, przypominanym przez świętą osobę w świętym miejscu. „Podnieście głowę, witajcie w naszym domu, nosicielu dobra!” „Nie ma we mnie dobra, panie – odpowiedział arcybiskup. – Jeno prawda!”
Wielki Boże, myślę teraz, kiedy przepisuję tamte słowa, zawsze gdzieś znikasz, gdy jesteś potrzebny. Gdy ktoś musi zważyć sprawiedliwie dzieła ludzkie, osądzić zło i dobro pochwalić. Oboje oni, księżna na zamku i książę Kościoła, razem przykładli ręki do historii, choć szczurki to jedynie, ale wielcy w nor drążeniu, w podchodach i pętlach. „Masz list z Krakowa? Daj, proszę!” Sadowiła go, posłańca dostojnego – tak naprawdę nawet tajnego – na wygodnych skórach krzeseł (wuj powiadał, że umiała to czynić, głos w miodzie nurzając, zachodząc z boku, od tyłu/, niecierpliwa jak do kochania jakiego, lecz kochała najbardziej władanie, własnej woli wolę i złotego cielca ujeżdżanie – byle dopiąć swego. Czego, czego? Niecierpliwił się w duchu, nie mogąc odnaleźć listu, wysłannik dworu z południa, który w północnych obyczajach zwierciadła własnych nie chciał przyjąć. Nie wolno mu było zapewne, jeśli chciał uwierzyć całą swoją siłą chrześcijańskiej myśli w nową szansę nawrócenia leśnych pogan znad Niemna i Wilii. Ostrożnie do rzeczy chciał przystąpić. „Herezja, córko, jak wąż z ogrodu błędu wciska się do serc tutejszych ludzi, brat Mikołaj, co mi dzielnie towarzyszył, odstąpił jednak od sprawy, gdym żmii na głowię nastąpił”...”Brat Mikołaj?! – zawołała księżna ze śmiechem i lękiem zarazem. – Toć spłonął on w świątyni, nieszczęsny! Kto cię wiódł przez puszczę? Sam szatan cię wiódł! I listy krakowskie przejął!”
Nie naszą rzeczą jest tu cokolwiek rozstrzygać. Tradycja nakazuje być cierpliwym, wuj Mikołaj zapisał, że prawda miała się objawić nazajutrz przy pogorzelisku.
Ïóáë³êóåööà íà ñàéöå ç ëàñêàâàé
çãîäû Àá'ÿäíàíüíÿ Villa
Sokrates
|