|
ROK 1812
W „PAMIĘTNIKU MIESZCZANINA PODLASKIEGO”
Któż z historyków zajmujących się dziejami Bielska Podlaskiego nie zna „Łyków i kołtunów. Pamiętnika mieszczanina podlaskiego” Rocha Sikorskiego? Niektórzy, wierząc w jego autentyczność, podchodzą do niego bezkrytycznie jak do źródła historycznego. Inni, idąc śladem za A. Cieńskim, ks. E. Borowskim, a ostatnio za J. Tazbirem kwestionują istnienie osoby autora i wierność pewnych faktów w pamiętniku przedstawionych. Pierwowzorem fikcyjnego Sikorskiego miał być Roch Kaczanowski. Również imiona i nazwiska innych osób zostały, widocznie celowo, zmienione, np. imię ihumena Jony na Hilariona.
Wydawcą „Pamiętnika...” był na początku dwudziestego wieku Kazimierz Bartoszewicz. Korzystał on z rękopisu, obecnie przechowywanego w Archiwum Państwowym w Łodzi. Trudno domniemywać, że to właśnie on mógł „spreparować” utwór. Jak twierdzą znawcy, jego styl pasuje bardziej do połowy dziewiętnastego wieku, a Bartoszewicz w 1852 r. dopiero się urodził. Autor musiał być z kolei dobrze obeznany z realiami bielskimi i podlaskimi, mentalnością miejscowych ludzi, posiadał przy tym nieprzeciętny dar słowa. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że autorаmi „Łyków i kołtunów” byli znani bielszczanie: historyk Józef Jaroszewicz lub Józef Tokarzewicz pseud. „Hodi” (1841-1919), autor kilku opowiadań i powieści.
W niniejszym numerze B. H. przedrukowujemy rozdział „Pamiętnika...” dotyczący roku 1812 w Bielsku (w wydaniu str. 90 – 105), wszak w roku bieżącym, mija 190 lat od tych brzemiennych wydarzeń. Niech szanowny czytelnik, jak powyżej wykazaliśmy, nie odbiera słów głównego bohatera utworu jako opis faktograficzny. Po głębszej jego analizie możemy wysnuć wniosek, że mamy do czynienia bardziej z beletrystyką, niżeli memuarem. Nie ujmuje to jednak wartości napisanemu. Do tej pory, niestety, nikt nie dorównał Sikorskiemu, w stworzeniu typowo bielskiej, mieszczańskiej powieści dokumentalnej.
Życząc przyjemnej lektury chcemy podziękowac Muzeum w Bielsku Podlaskim za udostępnienie orginału „Pamietnika”. Zapraszamy także do przeczytania interesującego materiału Andreja Kotlarczuka o etymologii białoruskich przysłów na temat Francuzów.
Wśród urzędowania i zajęcia interesami materyalnymi, wśród zabaw i zmartwień w różnych kolejach losu, jakich każdy doświadcza w życiu, zaczął się rozchodzić rozgłos o wojnie pomiędzy Rosyą a Francyą, skoalizowaną prawie z całą Europą. Wojska coraz liczniejsze zbierały się u nas, jako w miejscu blisko granicy położonem; zakładano magazyny i widocznie przygotowywano się do wojny. Z pobliskiego Księstwa Warszawskiego dochodziły nas różne posłuchy, a jakto zwykle u nas, każda najmniejsza nadzieja polepszenia bytu krajowego zmieniała się w najświetniejszą przyszłość i w obrazy urocze. Młodzież w znacznej liczbie przedzierała się za granicę, a rozliczne podszepty ożywiały nas bezprzestannie. Tak zeszła wiosna. Odgłos wojny coraz był wyraźniejszy, mówiono już o Wielkiej Armii zgromadzonej w Księstwie Warszawskiem, i o przybyciu Napoleona do Warszawy. Naraz wezwani zostaliśmy, ja jako głowa miasta, burmistrz Sosnowski i pocztmistrz Kozłowski, abyśmy się stawili u księcia Wasilczykowa, głównodowodzącego wojskami u nas konsystującymi. Gdyśmy się stawili w głównej kwaterze, rozkazano nam być natychmiast gotowymi do wyjazdu wraz z wymarszem wojska i dodano nam orszaki, które nam odjęły możność ucieczki. Wybraliśmy się jeszcze dnia tego i na furmankach nam udzielonych, musieliśmy puścić się w drogę. Taki sam rozkaz otrzymali urzędnicy powiatowi. Pocieszano nas, że niebawem wrócimy, bo to jest manewr wojenny, aby nieprzyjaciel, wkraczający do kraju, żadnych władz nie zastał (...)
Trzeba było poprzestać na losie, jaki wypadł. Smutno było porzucić dom i familię, ale mając znajomość z wielu oficerami, jak mogłem pocieszałem się. Po tygodniowym blisko marszu, przybyliśmy do miasta Słonima o 20 mil od Bielska odległego. Gwałtowne poruszenie wojska, sprawione zbliżaniem się wojsk francuskich spowodowało, że o nas zapomniano. Ja z Sosnowskim byliśmy wówczas na nabożeństwie, schroniliśmy się więc w zakrystyi, a proboszcz, obawiając się odpowiedzialności, zaproponował, abyśmy się schowali na najwyższą część wieży. Choć nie byłem szczupły, ale dosyć podtatusiały, jakoś jednak przez drzwiczki wąskie przesunąć się potrafiłem; zato mój kolega Sosnowski daleko był otyłszy i ledwo się przecisnął przez tak szczupły otwór. Zakrystyan dostarczał nam pożywienia i napoju, ale przez trzy dni dowiedzieć nie mogliśmy się o żadnej pomyślnej dla nas nowinie. Jedyną rozrywką naszą było wyglądanie przez otwory, znajdujące się w murze, skąd tylko czasem łuna od pożarów wsi zwracała chwilami naszą uwagę. Dopiero trzeciego dnia wpadł do nas zadyszany zakrystyan w nocy, zwiastując, że Francuzi miasto zajęli. Radość nastała po troskach, i po modlitwach bezprzestannych, bo zapewne przez całe życie tyle nie odmówiłem pacierzy. (...)
Kiedyśmy się już wolni znaleźli, szła rzecz o to, jakim sposobem znaleźć się z powrotem u siebie, albowiem wszyscy byliśmy należycie goli. Szczęściem, że miałem jeszcze fundusz udzielony mi przez księcia Wasilczykowa. Kupiliśmy wóz i konia chłopskiego z zaprzęgiem, a tak połowę jadąc, a połowę i to na przemian piechotą idąc, po tygodniowej prawie podróży stanąłem wraz z towarzyszami w domu. Wchodząc w próg ucałowałem ziemię, uścisnąłem żonę, popieściłem z rozkoszą dzieci i Panu Bogu serdecznie podziękowałem za powrót szczęśliwy do rodzinnego gniazda.
Po obejrzeniu domowych zakątków, i po złożeniu podziękowania współobywatelom, którzy okazali radość z naszego powrotu, zrobiłem znajomość z kapitanem saskim Troschkem, komendantem oddziału piechoty konsystującej w Bielsku. Dowiedziałem się, że gubernatorem obwodu białostockiego jest generał Ferier. Pod Prużaną była kwatera korpusu austryackiego pod wodzą feldmarszałka Szwarcenberga. Prowincya przeto nasza mało widziała Francuzów, chociaż widzieliśmy wojska holenderskie, włoskie i hiszpańskie w następnych przechodach, a korpus austryacki w wielkiej części składał się ze Słowian, których mogliśmy rozumieć. Podprefektem powiatu bielskiego został możny tutejszy obywatel Suchodolski, ja zaś zostałem prezydentem miasta i dowódcą gwardyi narodowej. Moja komenda nie składała się z porządnego hufca, ale wybrałem ze stu ludzi, którzy bez ubrania mundurowego wartę zaciągali, a raz nawet byli w ogniu, a to tym sposobem:
Wieść się rozeszła, że oddział kozaków pokazał się w pobliskich wioskach... Trzeba bowiem wiedzieć, że kiedy armia Napoleona posuwała się za Smoleńsk po zdobyciu tego miasta, armia Czyczagowa po zawarciu pokoju z Turcyą od granic południowych obróciła się w nasze strony i oddział kozaków, ukazujący się już blisko od niej należał. Od Bielska Puszcza Białowieska rozpoczyna się o dwie mile, a w tej puszczy nadstrażnik Rzewuski, z całej służby leśnej utworzył oddział strzelców konnych z fuzyami myśliwskiemi. Otóż ze czterdzieści koni z tej jazdy przybyło do Bielska i tę złowrogą wieść o kozakach roznieśli. Komendant Troschke miał nieco więcej niż stu ludzi, a ja zwołałem na ochotnika ze trzydziestu uzbrojonych, w co można było uzbroić się, tak jak to kiedyś było w pospolitem ruszeniu. Były woźny za Rzeczypospolitej Eysmont, a niegdyś kanonier w wojsku koronnem, który w czasie świąt wielkanocnych na rezurekcyę strzelał z moździerzy kościelnych, takowe zabrał i na wysepce rzeczki przerzynającej miasto, blisko mostu ustawił i miał udawać artyleryę dla popłochu nieprzyjaciela. Z miasta całego poznosiliśmy kufry z tem, co każdy miał najdroższego i złożyliśmy w podziemiach fary.
Był to skwarny dzień lipcowy, cisza rozpaczna panowała z obawy rabunku, jak też z troskliwości o los ochotników. Wyprawa pod wodzą kapitana Troschke, uszykowała się na rynku, później postępować zaczęła na czele kawalerya śpiewając ochotnie, za nią idąca gwardya narodowa wtórowała drżącym głosem, chociaż jadąc na jej czele zachęcałem do waleczności, a piechota saska bez śpiewu szła rezolutnie. Było to już ku wieczorowi, kiedy wyruszyła nasza wyprawa. Zrobiliśmy z pół mili marszu, kiedy kozacy widząc zbliżającą się masę wojska uciekli, zostawiając na zdobycz parę bryk, na których znajdowały się różne przedmioty i zapasy; te zwycięzcy między siebie rozszarpali, a nawet złe języki mówiły, że tam niektórzy zdobyli znaczne sumy asygnat. Widząc uciekających nieprzyjaciół, odwaga się ożywiła, ale nie było pola do popisania się z tą odwagą, jedna tylko jazda nasza dała kilka strzałów. Pogoń przekonała się, że dognać uciekających było niepodobną rzeczą; postawszy przeto z godzinę na placu boju, jako zwycięzcy około północy wróciliśmy wśród powszechnej radości. W drodze przyłączyło się do nas kilka dragonów austryackich, którzy wracali z wyprawy innego rodzaju, każdy bowiem miał zarzezanego wieprza, przytroczonego do siodła. Widok tych bohaterów, unoszących ciała zabitych nieprzyjaciół, pobudzał wszystkich do śmiechu, a że żołnierze w słowiańskim języku przechwalali się mówiąc: sem my pryszli wasz kraj oczystiti, winszowaliśmy im, że dobrego używają sposobu do oczyszczenia kraju.
Zwycięstwo nasze nie wpłynęło stanowczo na los wojny. Miasto nasze raz przez jedne, drugi raz przez drugie zajmowane było wojsko, a ja, jako prezydent miasta i komendant gwardyi narodowej, często miewałem i przykre przeprawy.
I tak, gdy przechodziło wojsko z armii francuskiej poprzedzała je rekwizycya i pewna oznaczona ilość chleba białego i innych żywności, po zniesieniu się z podprefektem, musiała być przygotowaną, – niemniej gdy wojsko rosyjskie miasto zajmowało, musiał być chleb razowy dostarczany. Otóż raz wszedł do Bielska z oddziałem kawaleryi rosyjski generał Langeron, a zamieszkała przy matce żona rosyjskiego majora, pani Kołomiejcow, powziąwszy ku mnie nienawiść za moją staranność dla armii francuskiej, oskarżyła mnie przed generałem, że jestem nieprzyjaznym dla Rosyan, że dla Francuzów dostarczam chleba białego i wszystkich produktów, że przyjmuję ich z wielką radością, a przeciwnie, że źle usposabiam mieszkańców przeciwko Rosyanom.
Właśnie byłem w domu i prowadziłem rozhowor z moim kochanym Petrem, kiedy odkomenderowano oddział w celu dostawienia mnie natychmiast generałowi.
Petro mi towarzyszył, a wtenczas przeczuwając niebezpieczeństwo, wspomniałem mu, że jak będzie koło mnie bieda, aby zainteresował Hilaryona ihumena soboru greckiego, iżby ten mnie ratował. Jakoż gdy stawiony zostałem przed dowódcą i obsypany gradem oskarżeń i przysłów nie attycką solą zaprawionych, milczałem, aż burza zwolnieje. Potem ozwałem się: „Widoczną jest rzeczą, że przez wroga mego oskarżony byłem, ale w czasach wojennych nie można być bardzo otwartym i szczerym, więc też dla dobra miasta i Francuzom muszę okazywać przyjaźń, ale że szczerze życzliwy jestem Rosyanom, tego szczególniej dowodzi, że jestem prawosławnej religii...”
– A przekonasz mnie o tem?
– Oto stoi chłop – ozwałem się – wskazując na Petra – niech sprowadzi ihumena.
Usłuchał mnie i kazał czekać. Petro pobiegł po popa, ten rychło przybył i potwierdził słowa moje, będąc gorąco o to od Petra proszonym. Odtąd byłem w łaskach generała, aż do wymarszu.
Wśród różnych narodowości nie widzieliśmy w znaczniejszych oddziałach wojska polskiego. Raz tylko jeden przybyła kompania piechoty pod kapitanem Zawadzkim i oddział strzelców konnych pod rotmistrze, Madalińskim. Ukazanie się tego oddziału wpłynęło tak silnie na umysły, a szczególniej na młodzież, że zaraz kilkunastu zaciągnęło się do wojska, a my zrobiliśmy składkę i oba oddziały serdecznie uraczyli.
Niedługo potem nakazano pobór do wojska, gdyż postanowiono usztyftować dwa pułki w Białymstoku. Dawniej, a następnie później, pobór rekruta dla Rosyan był to sąd ostateczny. Kiedyśmy potrzebowali zdać 30 rekrutów, musieliśmy w nocy schwytać 90 ludzi i tych, skuwszy w dyby trzymaliśmy w areszcie, a następnie pod mocną strażą odwoziliśmy do Białegostoku do komisyi rekruckiej, przytem zbierało się znaczną składkę na dussery dla komisyi i doktora, bo bez tego cały kontyngent byłby zbrakowany. Jeśli zdarzyło się, że wszystkim trzydziestu ogolono wprzód głowy, t. j. jeżeli przyjęto ich do wojska, byliśmy radzi, a ci, co byli uznani za niezdatnych, z ogoloną tylną częścią głowy wracali z radością do domu, ale towarzyszyły im w drodze płacz i rozpacz kobiet, które zostawiły synów, mężów lub braci i z którymi się nigdy widzieć nie miały nadziei, bo szli na 25 lat w obce strony. W roku 1812, rzecz się wcale inaczej miała. Popisowi ciągnęli losy, temu co miał iść do wojska przypinano kokardkę, z którą wracał już na wieś, a gdy ich wezwano do marszu, ani jednego nie brakowało.
Skończywszy rekrutowanie w początkach miesiąca sierpnia, trzeba było zabierać się do obchodu imienin cesarza Napoleona, który odbyć się miał 15 t. m.
Zapewne dawno w Bielsku, a przynajmniej za mojej pamięci, nie było tak świetnego obchodu. Bal publiczny dla wszystkich zarówno stanów, dotąd u nas nieznany, fajerwerki, muzyki, wojskowe parady i wesołość całego pospólstwa rozlewały uciechę ogólną. Zawczasu powiat i miasto złożyło się na festyn dla ludu. Porozstawiane były beczki z piwem, wódką i z zakąskami, a ziemianie przechadzali się wśród ochoczego ludu. – A że na dzień 16 sierpnia, to jest w dzień świętego Rocha przypadły moje imieniny, spotkała mnie nazajutrz łaska publiczna i wydano na moją cześć śniadanie obfite, czem do łez rozrzewniony byłem.
Przy końcu wszakże tego miejsca wypadkiem tylko uszedłem nieszczęścia, któremu uległo kilka osób z tej kategorii. Wspomniałem już, że nadleśny Rzewuski z puszczy Białowieskiej uformował kawaleryę ze strzelców leśnych. Przydybał on gdzieś nieostrożnych 30 dragonów rosyjskich, zabrał ich do niewoli i odstawił do generała Regnier, gubernatora białostockiego, a o wypadku tym zawiadomił mnie listownie. Nie będąc, jak widzicie z tych pamiętników, tęgim do pióra, uprosiłem sekretarza magistratu, aby odpisał. Ten będąc zapalonym patryotą, w liście do Rzewuskiego nazywał go bohaterem, prawdziwym synem ojczyzny i utrzymywał, że gdyby dużo podobnych mu było, najezdcy (jak ich nazywał) za Uralskie góry przepędzeniby zostali. Ten list podpisałem nie czytając, i przesłałem przez umyślnego...
W parę tygodni sam Rzewuski chłopską furmanką, czyli stójką wstąpił, a furmanka na rynku stała przed domem. Uścisnęliśmy się serdecznie, wdaliśmy się w pogadankę. Wtem z wojska, które nadciągnęło z Kleszczel pod dowództwem generała Sakena, wpadł do miasta oddział kozaków. Jeden z nich zapytał chłopa, kogo przywiózł?
– Kuryera polskiego – odpowiedział i wskazał palcem na moje mieszkanie. Właśnie wtenczas spojrzałem przez okno, i z przerażeniem gest chłopa zobaczywszy – „uciekaj” krzyknąłem na Rzewuskiego. Wybiegł przestraszony na podwórze, ale niestety nie potrafił się dobrze schować. Wtem wyszedłem przed dom, a jeden z kozaków zapytując – „a gdzie kuryer”? – zamierzył się batem, chcąc mnie uraczyć tą łakotką.
– Nie śmiej – zawołałem gromko – ja ruski czynownik.
Na ten wykrzyknik sam bat opadł, a na zapytanie, gdzie kuryer, oświadczyłem, że był przed chwilą u mnie, ale poszedł na drugą stronę rynku do domu zwanego Szałagojdą. Rzucili się ku wskazanemu miejscu kozacy. Sądziłem, że przez ten czas Rzewuski uciec potrafi, i żeby był sunął przez parkany, byłby się ocalił, ale on schował się był w słomie nad pułapem stajni znajdującej się, jak się o tem dopiero w lat parę przekonałem, kiedy jeden z moich synów, zamiast wróblego gniazda, wykręcił worek ze 300 złotymi przez niego schowany. Tymczasem Rzewuski trzymając papiery w ręku, zrzuciwszy poprzednio mundur, umieścił się w kąciku pod żłobem. Kozacy po przetrząśnięciu wskazanego domu, wrócili nazad, rozbiegli się po dziedzińcu w ogrodzie, i jeden z nich dostrzegł Rzewuskiego, uchwycił kołnierz, i niestety przywlókł go do pokoju, w którym oficer oczekiwał. Łatwo każdy domyśli się, w jakiem byłem przerażeniu, kiedy rzuciwszy okiem na papiery dostrzegłem na czele list przeze mnie podpisany. Oficer papiery opieczętował i zabrał Rzewuskiego. Starałem się go podpoić w nadziei, że list mój wycofam, ale nie mogłem go do tego kroku nakłonić. Uściskałem tylko z rozrzewnieniem mego biednego przyjaciela. Niedługo zniknęli z oczu, a ja przez całą noc rady sobie dać nie mogłem, tak mnie ten wypadek przeraził i zdawało mi się, że już mnie prowadzą do niewoli.
W trzy dni po tym wypadku, wchodził na rynek miasta odział ułanów rosyjskich. Jeden z mieszczan zapytany, gdzie mieszka komendant gwardyi narodowej, widząc mnie stojącego przed domem zawołał:
– Panie Sikorski, bo się o pana pytają.
Jakoż zbliżywszy się kapitan, zapytał:
– Wy się nazywcie Sikorski?
– Tak, odezwałem się.
– A skąd wy rodem?
Poznawszy po akcencie, że był Małorosyaninem z połtawskiej guberni, odezwałem się:
– To może pan jesteś mój krewny.
Chwyciwszy tę myśl pokrewieństwa oburącz, bo domyślałem się powodu przybycia, zacząłem od podejmowania najhojniejszego, nie szczędząc wina. Wtem rzekł mi do ucha: „u t i k a j!” (uciekaj). Wyniosłem się przeto cichaczem na podwórze, a nauczony doświadczeniem, nie zatrzymywałem się w obrębie mieszkania. Lubo byłem dość okrągły, przesadzałem parkany i płoty jak młokos i tak zapalczywie pędziłem, żem w kilka minut przebiegł drogę, która wymagała pół godziny zwykłego chodu i skryłem się w kopy świeżo pokoszonego potrawu. Tam wsunąłem się głęboko i dopiero po paru godzinach siedzenia, wyjrzałem, a niby oglądając kośbę, zawezwałem jakąś przechodzącą dziewczynkę, i posłałem po mego Korniłowicza. Jeszcze czas niemały upłynął w czekaniu, i ten mnie się bardzo dłużył, na koniec przybył mój wierny sługa, opowiadał, że dom mój był otoczony, że ułani wszystkie przetrząśli kąty, że kapitan pienił się ze złości i krzyczał ciągle: – n i e u j d i o t! – ale że potem oddział wymaszerował i że teraz spokojnie. Nie dowierzałem jednak, nie wróciłem tak rychło do domu, bo nawet w nim nie nocowałem. Następnie dowiedziałem się, że generał Saken cofnął się ze swoim korpusem, i wtenczas dopiero spokojnie odetchnąłem. Ale mój szwagier, Piotr Kondratowicz, który był głową w Kleszczelach, został z tego interesu wziętym, również jak wiele innych osób, i w kilka miesięcy wrócił z ogromną brodą, wycierpiawszy się wiele. Nieszczęśliwy Rzewuski, jeden tylko z wziętych do niewoli, rozstrzelany został.
Nie tyle mieliśmy strachu, ile podziwienia, jak mogły się u nas tak często ukazywać oddziały rosyjskie, kiedy główna armia francuska szła na Moskwę, a na straży naszej stał silny korpus Szwarcenberga. Złe wszakże języki utrzymywały, że Aystryacy byli z Rosyą w porozumieniu, i że zamiast skałek mieli drewienka i że za każdym zbliżaniem się Rosyan, usuwali się bez oporu. Pomimo to, taką wiarę mieliśmy w niezwyciężonego Napoleona, że nawet nikt nie przypuszczał, aby los inaczej miał zdziałał, i byliśmy zupełnie pewni zwycięstwa. Nasi współobywatele, a jak my zwaliśmy konfederaci, pojechali do Wilna na sejm litewski, i czekaliśmy niecierpliwie na stanowczą organizacyę. Młodzież cisnęła się do wojska. Wszystko zdawało się nasze marzenia popierać i gdy jesień się skończyła, byliśmy pełni najlepszej otuchy. Zimą dopiero doszły do nas złowrogie wieści, że Napoleon, który po świetnej bitwie pod Możajskiem zajął był Moskwę, takową opuścił i cofa się nazad. Mrozy tęgie i śniegi niezmierne spadły już w miesiącu listopadzie i to nas niepokoić zaczęło o lekko ubranych Francuzów, nieprzywykłych do północnego klimatu. Tymczasem coraz dochodziły smutniejsze przepowiednie, a nawet zapewniano nas, że Napoleon w Smorgoniach odjechał armię i wrócił do Paryża. Ale chociaż dotąd niczego złego nie przypuszczaliśmy, musieliśmy się przekonać, że jest w tem nieco prawdy, bo żołnierze często bez broni i przyodziani w różne ubiory, aby się od mrozu uchronić, nam się ukazywali. Lazarety przepełniały się, a nawet w prywatnych domach trudno było wszystkich poprzemrażanych pomieścić. Byli to wprawdzie maroderzy, bo oddziały większe były w należytym porządku. Niepodobna było nie widzieć, że szczególniej ubrania żołnierze gwałtem zabierali. Słowem już upadła nadzieja, dotąd nienaruszona, i boleśnie przewidywaliśmy niepowodzenia.
Pamiętam jak dziś, ostatniego Francuza, który z orężem w ręku przejechał przez miasto nasze. Był to maruder, ubrany w pyszne futro; miał parę koni w sanie paradne zaprzężonych. Krzyczał dużo, zapowiadając przybycie znacznego oddziału francuskiego, ale widać krzyczał dlatego, aby ujęty nie został, bo zaraz nazajutrz wpadł silny oddział ułanów pod dowództwem generał Langerona, i odtąd już tylko wojska rosyjskie widzieliśmy w przechodach. Żołnierze zapytywali nas:
– Kuda wasz Napoleon! Ubit czerez dwoch gienierałow Hołod i Moroz.
– I mieli słuszną racyę, że zginął od klimatu ostrego. Widać z tego, że i najmędrszego geniusza plony giną marnie z woli Przedwiecznego. O ile zapamiętałem z łaciny alwarowej, to tu się najrzeczywiściej sprawdziło: Homo proponit, Deus disponit. ПРЫКАЗКI БЕЛАРУСАЎ АБ ФРАНЦУЗАХ
Як вядома, у чэрвенi – жнiўнi 1812 года вялiзарная армiя Напалeoна (звыш 420 тысяч чалавек) заняла абшары Беларусi. З прыходам французаў аднаўляецца старабеларуская дзяржава – Вялiкае княства лiтоўскае. Напалeoн дае дазвол на стварэнне “Часовага праўлення” – урада на адбiтай ад Расii тэрыторыi Беларусi i Лiтвы. З мясцовай беларускай шляхты, месцiчаў i сялянаў ствараюцца асобныя легiёны – войска В. К. Л., якiя бiлiся супраць Расii на баку Францыi. У той самы час у складзе расiйскага войска змагалiся таксама беларусы, сяляне-рэкруты, набраныя да 1812 года тэрмiнам на 25 годaў. Такiм чынам, у той вайне двух iмперый беларусы мусiлi бiцца супраць адзiн аднаго. Мабыць таму той год люд назваў “Нешчасным”.
Большасць прыказак аб французах узнiкла менавiта ў гэты час.
1. Хоць ты мне капут, то я не галём (Хоць ты мне забiй, то я не пайду). Каментуючы гэтую прыказку часоў вайны 1812 г. А. С. Фядосiк и М. Я. Грынблат сцвярджаюць быццам менавiта так “з тлумачэнняў збiральнiкаў” беларускi селянiн-праваднiк адказаў “французкiм захопнiкам”. Толькi цалкам незразумела, чаму тады беларус размаўляў на нямецкай мове. На самай справе, першы збiральнiк гэтай прыказкi, беларускi этнолаг Ян Чачот хутка пасля 1812 года, меў зусiм iншае тлумачэнне. Згодна сцверджанням сялян, “так казалi немцы-праваднiкi у войску Напалеона”. Вядома, што там служылi людзi розных народаў Еўропы, у тым лiку багата немцаў. Мы схiляемся да каментара Я. Чачота. Заўвага беларускiх даследчыкаў савецкага часу, на нашу думку, тыповы прыклад цiска iдэалогii на навуку. У нашым выпадку гэта iмкненне на усiх прыкладах цвердзiць толькi ўпартую барацьбу сялян-беларусаў супраць французаў.
|
|
|
|
|
|
Помнiк у Кобрыню, пастаўлены
ў сотую гадавiну бiтвы
25 лiпеня 1812 г., у час якой
армiя генерала Тармасова
перамагла войскi Напалеона.
|
2. Ад пранцузаў у месце не было чутно анi звона, анi пеўня: першы быў забаронены, а другi – зьедзены. Гэта гiстарычная
прыказка ўзнiкла на аснове падзей побыту французаў у Вiцебску. Як вядома, 16 лiпеня 1812 года шляхта i месцiчы Вiцебска трыумфальна сустрэлi Напалеона Банапарта. Маладзiцы лiтаральна засыпалi кветкамi iмператара аднавiўшага Вялiкае княства лiтоўскае. Падчас трыумфа французкае войска дабраславiлi не толькi каталiцкi бiскуп, iудзейскi раввiн, але нават праваслаўны ўладыка, архiепiскап Варлаам (Шашацкi).
Уражаны такiм вiтаннем у Вiцебску, Напалеон прамовiў прызначанаму губернатару маркiзу Пастарэ словы, якiя хутка набылi папулярнасць: “Калi ласка, глядзiце на Лiтву i Беларусь, як на сяброўку, але не заваяваную краiну”. Амаль усе жыхары Вiцебска прынеслi прысягу на вернасць Францыi, атрымаўшы ў пасьведчанне каляровую какарду, якую павiнны былi прычапiць на рукаве. Трэба адзначыць, што новая ўлада адразу ўмацавала муры горада, зрабiлi перапiс насельнiцтва. Але хутка адносiны жыхароў да французаў памянялiся з найлепшых на горшыя. Па першае, зыходзячы з собскiх стратэгiчных мэтаў, французы вырашылi зрабiць з усiх мураваных храмаў Вiцебска абаронныя збудаваннi. На ўсiх вежах былi знятыя званы (“не было чутно анi звона..”) i пастаўлены гарматы, у храмах спынiлiся багаслужбы. Усё гэта выклiкала моцнае незадавальненне вернiкаў. Па-другое, найбольшай за ўсю гiсторю Вiцебска армii трэба было тры разы ў дзень даць есцi. Паволi ўсе прыпасы харчавання ў горадзе закончылiся (”у месце не было чутно.. анi пеўня”). Жаўнеры пачалi праводзiць гвалтоўныя рэквiзыцыi. Вiцебскае паданне распавядае, што “калi адзiн паляк-генерал з войска Францыi праходзiў праз агароды, ён пабачыў старую, якая нешта шукала. Спынiўшыся ён запытаў бабулю: “Чаго вы шукаеце?” Яна адказала, што гароднiну, але хiба што застанецца пасля французаў. Тады генерал запытаў, цi быў калi ў жыццi такi цяжкi час. Тая прароча адказала: “Памятаю такi ж самы час, калi наляцела на Беларусь саранча, якая ўсё вынiшчыла, але прайшла зiма i ўсе iнсекты раптоўна загiнулi”. Такiм чынам, калi французы выпраўлялiся з Вiцебска на Маскву, адносiны да iх у месце ўжо панавалi кепскiя. Менавiта гэта i захавала наша прыказка.
3. Каб пранцуз пабiў Маскаля ды й сам не вярнуўся. Гiстарычны фразеалагiзм, якi тычыцца адносiн беларускiх сялян да канфлiкту абодвух Iмперый. Як вядома, iнкарпарацыя В. К. Л. у склад Расiйскай iмперыi у канцы ХVIII ст., пагоршыла стан лiтоўскiх i беларускiх сялян. Узмацнiўся прыгон, шмат каралеўскiх сялян былi разданы буйным расiйскiм землеўладальнiкам. На лiтоўскiя i беларускiя губернi было распаўсюджана рэкруцтва. Справа ў тым, што ў В. К. Л. Як i усёй Рэчы Паспалiтай сяляне нiколi не забiралiся прымусова ў войска. У Расiйскай iмперыi яны павiнны былi даць рэкрутаў на доўгiх 25 гадоў службы, пасля якой жаўнер не атрымлiваў нават кавалка зямлi. Пачалася змена уласных культурных кодаў. Усё гэта выклiкала досыць халодныя адносiны беларускiх сялян да новай “маскоўскай” улады. Згодна паданню “калi Напалеон шоў на Маскву ён па дарозе сустрэў бабулю, якой загадаў спынiцца i запытаў як на яе думку лепш: Каб пранцуз разбiў расейца, цi расеец француза. Старая пачухаўшы патылiцу адказала: На маю думку добра каб пранцуз захапiў Маскву и пагнаў расiйцаў далей, пагнаў, пагнаў ды й сам не вярнуўся”.
4. Так турнуў, як Кутуз пранцуза.
5. Як ад Кутуза Банапарт (г. зн. вельмi хутка). Як вядома, адступленне французаў ад Масквы на абшарах Беларусi пераўтварылася у панiчныя ўцёкi. Дзеяннямi расiйскага войска кiраваў генерал-фельдмаршал М. I Кутузов, альбо “Кутуз”, як яго клiкалi на Беларусi.
6. Баiцца холаду як пранцуз.
7. Пякуцца пранцузы бы бульба ў прыску.
|
|
|
|
|
|
Сабор св. Александра Неўскага
у Кобрыню, пабудованы на
брацкай магiле расiйскiх салдат,
загiнуўшых у бiтве
з напалеонскай армiяй
|
8. Галодны пранцуз й вароне рад. Як вядома, падчас адступлення Напалеона ягонае войска паступова дэмаралiзавалася. Нягледзячы на добры ўраджай улетку 1812 г. сяляне хавалi ўсе прыпасы ў лесе. Сярод французкiх жаўнераў пачаўся голад якi замацавалi незвычайныя восенню маразы. Французы, якiя апынулiся у лiстападзе 1812 года ў палоне расiйскага войска, былi апранутыя ў жаночыя хусткi, кiлiмы, коўдры, конскiя папоны, кажухi. Шмат з iх загiнула ад голаду i холаду... Аб гэтых падзеях вобразна распавядала беларускае паданне: “У 12 годзе падняўся на белага рускага цара пранцуз Напалеон. Нагнаў ён сюды войска, бы цёмная хмара... Знiшчылi пранцузы увесь край, змарнавалi ўсе дабра, так што й самi пачалi падыхаць з голаду. Пераелi паганыя сабак ды катоў, палавiлi мышэй ды пацукоў, пастрэлялi ўсiх варон ды й паелi усялякую погань. Сам цар Напалеон ходзiць сабе па балоце ды ловiць жабы або чарапахi, каб падсiлкавацца, бо голад не свой брат кожнага як засмокча, дык гатоў сам сабе руку адгрызцi. Соўваюцца галодныя пранцузы, бы сонныя мухi, збiраюць чарвякоў, жукоў ды усялякiх слiзнякоў, каб хоць гэтаю пошкуддзю набiць сабе лантух”. Сiтуацыя сапраўды была катастрафiчнай. У лiстападзе-снежнi 1812 года люд Заходняй Беларусi замест стройных шыхтоў французкiх вайскоўцаў, пабачыў натоўп галодных, хворых, зжабраваных людзей. Вось як успамiнала аб гэтым у 1896 годзе, сведка тых падзей, 100 гадовая бабуля Ганна Ласоцiха з вёскi Шыдлоўцы Ваўкавыскага павета: “Аднаго разу надышлi шмат галодных пранцузаў, а людзi павыкапвалi пагрэба i пахавалi ежу дзе-хто змог. Яны (французы) улецелi да нашай хаты, усе гергешчуць па своему да поруць па падлозе, поруць, а нiчога не знайдуць. Так адзiн схапiўся на гару, а там лежаў нейкiсь асмалак, ён думаў што кумпяк ды давай яго грызцi. Вось што вайна рабiла”. У словах беларускi мы бачым шчырае спачуванне простым ахвярам вайны. Ёсць сведчаннi, што беларускiя сяляне сапраўды дапамагалi хворым французам, давалi ежу, саматканыя ручнiкi дзеля перавязак.
9. Грэўся пранцуз у Маскве, а замарзаў на Бярозе.
10. Наша Бяроза чужых i генералаў тапiць можа. Галоўная трагедыя фрнцузкага пахода 1812 года адбылася з 14 па 16 (26-28) лiстапада на пераправе праз раку Бяроза (сучаснае Бэразiна). Н. Ш. Удiно ашукаў расейскiх генералаў будуючы пераправу ў самым Барысаве. Тым часам на поўдзень ад маста каля вёскi Студзёнка пад наглядам Напалеона будуюцца два масты. Працаваць жаўнеры мусiлi ў сцюдзёнай вадзе, шмат з iх, як вядома, загiнула. Процьма патапiлася пры пераправе, багата хворых i параненых заблукалася ў лесе i назаўсёды засталася на берагах Бярозы. Яшчэ ўвесну 1813 года на плошчы Барысава стаяла безлiч французкiх гарматаў, фургонаў. З-пад снега было вiдаць шмат кiвераў, кiрас, хатылёў, зброi, трупаў жаўнераў. Некалькi тысяч французаў пахавалi ў вялiзных ямах на ўскраiне Студзёнкi. Большасць французкiх рэчаў трапiла ва ўласнасць мясцовай шляхты (напрыклад барысаўскi шляхцiц пан Корсак зрабiў у сваiм маёнтку “французкi музей”). Усё менш цэннае падхапiлi сяляне. Да пачатку ХХ ст. у навакольных вёсках этнолагi бачылi французкiя шалi, ручныя млыны, кавамолкi, ружжа. Пры разчыстцы Бярозы ў 1813, 1855, 1910 гадах, знайшлi шмат французкiх скарбаў. Усё гэта выклiкала да жыцця легенды аб вялiзных каштоўнасцях французаў, якiя быццам схавала рака.
11. От адзiн стаў Напалеон, хоць прывёў да нас мiльён. Прыказка адлюстроўвае жудасныя страты, якiя пацярпела французкае войска ў паходзе на Расiйскую iмперыю. Па падлiках даследчыкаў з 420 тысяч жаўнераў, якiя перайшлi Нёман 12 (24) чэрвеня 1812 года ў снежнi 1812 праз прускую мяжу вярталася толькi каля 30 тысяч чалавек.
12. Мусю пранцуз, цi не зьясi гарбуз. Жартоўны каламбур. Кпiнка з тых французаў, якiя засталiся пасля 1812 года на Беларусi. Як сведчыў беларускi краязнаўца Адам Кiркор шмат з жаўнераў Напалеона знайшлi прытулак у беларускiх вёсках i панскiх фальварках. Хтосьцi пайшоў на працу настаўнiка, гувернера. Некаторыя зрабiлi кар’еру i атрымалi ад Расiйскага ўрада высокiя пасады, узнагароды, шляхецтва. Напэўна тады сярод беларусаў i ўзнiкла наша кпiнка са звычкi французаў звяртацца да iншых “monsieur“ (пане). Як тлумачыў у канцы ХIХ ст. збiральнiк гэтага выраза беларускi этнолаг Яўген Ляцкi “жарт быў разпаўсюджаны ў некаторых паветах Менскай губернi як кпiнка з нашчадкаў французаў асеўшых на беларускiх землях у пачатку ХIХ стагоддзя”.
13. Каб цябе пранцы цалавалi!
14. Каб цябе пранцы з’елi! Пашыраны народны праклён. З аднаго боку “пранцамi” беларусы скарочана называлi французаў. З другога боку, “пранцы” гэта беларуская народная назва сiфiлiса (syphilis, lues), вядомага ў Еўропе з ХVI ст., як “французкая хвароба”. На думку простага люду менавiта французы занеслi гэтую хваробу на Беларусь у вайну 1812 г. Аб гэтым напрыклад сведчаць успамiны старой сялянкi, занатаваныя ў 1870 годзе. Старая распавяла што “калi яе сямейка схавалася ад пранцаў у лесе... братавая жонка з-за немаўляцi засталася на вёсцы з пранцузамi. Рыхтавала iм ежу, даiла каровы. Але пасля адыходу пранцузаў уся зрабiлася у ранах i брат ад яе набраўся. Кажуць, што ўся вёска набралася нейкай хваробы ад тых пранцузаў”.
Увогуле, нягледзячы на далёкае суседства Францыi i французаў ад Беларусi, гэтая тэма знайшла моцны адбiтак у фальклоры беларусаў.
Андрэй Котлярчук
Фота Т. Сулiма
|