ÁÅËÀÐÓÑÊÀß ²ÍÒÝÐÍÝÒ— Á²Á˲ßÒÝÊÀ

ÊÀÌÓͲÊÀÒ... | ×àñîï³ñû... | Êí³ã³... | Ïàðòíýðû... | Ôîðóì... | À¢òàðû...

 

 
Ïàäï³øûñÿ íà àáíà¢ëåíüí³ ÊÀÌÓͲÊÀÒÓ

Ïîëüñê³ à¢êöû¸í  
[Allegro.pl]
Çàõîäçü!!!
 

    ÊͲò
    óñòîðûÿ
    ˳òàðàòóðà
    Ïåðàêëàäû
    Ìîâà
    Êðûòûêà
    Ðýë³ã³ÿ
    Ïàë³òûêà
    Ãðàìàäçòâà

 ×ÀÑÎϲÑÛ
  •  Akcent
     
Białoruski

  • 
Annus
      Albaruthenicus
  •  ÀRCHE
  • 
Àñàìáëåÿ
  •  Białoruskie
     Zeszyty
     Historyczne

  • 
ÁÃÀ
  •  Áåëàðóñ
  •  Áåëîðóññêèé
     Ñáîðíèê

  •  Áåëüñê³
     Ãîñò³íýöü

  •  óñòàðû÷íû
     Àëüìàíàõ

  •  Ãîä Áåëàðóñê³
  •  Äçåÿñëî¢
  •  Çàï³ñû Á²Í³Ì
  •  Çÿìëÿ N
  •  Inform-Áàíê
  •  Êàëîñüñå
  •  ÊÀÌÓͲÊÀÒ
  •  ÊÐÀÉ-KRAJ
  •  ͳâà
  •  Ïàë³òû÷íàÿ

       
ñôåðà

  •  Ïàì³æ
  •  pARTisan
  •  Ïðàâ³íöûÿ
  •  Ðýçûñòàíñ
  •  Ñïàä÷ûíà
  •  Òýðìàï³ëû
  •  Terra Alba
  •  Terra Historica
  •  Ô³ëÿìàòû
  •  Ôðàãìýíòû
  •  Øóôëÿäà
  •  Czasopis

 

Íàøûÿ ñÿáðû

Òûäí¸â³ê Áåëàðóñࢠó Ïîëüø÷û ͲÂÀ SETPro://DTP=Designing+Typesetting+Programming/ Áåëàðóñêà-Àìýðûêàíñêàå Çàäç³íî÷àíüíå Belarusan Newspaper in Free World ÁÀÏÖ Âàñ³ëü ÁûêࢠÁåëàðóñêàÿ Ïàë³÷êà Áåëàðóñêàÿ Ïàë³÷êà ÇÁÑ ÁÀÖÜÊÀ¡Ø×ÛÍÀ Ïàðòûÿ ÁÍÔ Âîêàwww.bialorus.pl ÏÀÃÎÍß BrestOnline Âiëüíÿ ÇÓÁÐ Àñàìáëåÿ NGO Ñóïîëüíàñüöü Äðàíiêi Õàðòûÿ ÂßÑÍÀ Ãàñïàäàð Êóðñ áåëàðóñêàå ìîâû Ïðàâàï³ñ Áåëàðóñêàÿ ìîâà ¢ ²íòýðíýò ArfaBel Áåëàðóñû ¢ ²çðà³ë³ Äç³ìà Çàâàäçê³ Áåëàðóñû ¢ À¢ñòðàë³³ ˳ðà Âîëüíû Êðàé ZBM

 

 
Polityka narodowościowa PRL, Eugeniusz Mironowicz

Polityka narodowościowa PRL

Eugeniusz Mironowicz

„Polska państwem jednolitym etnicznie” (1944-1947)

W Polsce w pierwszych latach po II wojnie światowej nie było jednej polityki narodowościowej. W stosunku do każdej mniejszości narodowej aparat państwowy podejmował działania będące najczęściej odzwierciedleniem relacji z krajem, w którym dana narodowość stanowiła większość. W przypadku litewskiej, białoruskiej, ukraińskiej mniejszości narodowej polityka państwa polskiego w dużym stopniu odzwierciedlała stosunek centralnych władz radzieckich do każdej z tych narodowości w ZSRR. O polityce wobec Słowaków decydował skomplikowany układ zależności, w którym ważną rolę odgrywała także chęć zagwarantownia przez władze znośnej egzystencji dla polskiej mniejszości narodowej na Zaolziu. Działania podejmowane wobec Niemców były w dużej mierze konsekwencją hitlerowskiej polityki okupacyjnej na ziemiach polskich w latach 1939-1945. Żydzi, którzy ponieśli największe ofiary podczas wojny, zostali potraktowani przez władze jako naturalni sojusznicy w walce z faszyzmem. Pozwolono im, jako jedynej mniejszości narodowej, na organizację życia narodowego, oczekując jednak, że większość wkrótce wyjedzie do Palestyny.

Zasady polityki narodowościowej władz PRL wynikały w dużej mierze ze zmiany granic i położenia geopolitycznego kraju. Komuniści zmianę granic na wschodzie uzasadniali wolą pozbycia się mniejszości narodowych i kłopotów z tym związanych. Dawali do zrozumienia społeczeństwu polskiemu, że jest to ich wybór i szukali argumentów potwierdzających jego słuszność. Spodziewając się znacznych zmian granic na wschodzie już w 1943 r. pisali, że powojenne państwo polskie powinno być narodowym, a jednocześnie podkreślali, że nie chcą „ani jednej piędzi ziemi ukraińskiej, białoruskiej czy litewskiej”[1]. Ten rodzaj argumentacji był charakterystyczny zwłaszcza dla komunistów przebywających podczas wojny w ZSRR. Bardziej powściągliwi byli działacze Polskiej Partii Robotniczej (PPR) działający w okupowanym kraju. W miejsce jednoznacznie brzmiących haseł o państwie jednolitym narodowo twierdzili, że Polska powinna być krajem równości i braterskiego współżycia wszystkich narodowości ją zamieszkujących[2]. Dopuszczali zatem myśl o możliwości istnienia w kraju mniejszości narodowych. Ze zrozumiałych względów mogła być realizowana jedynie ta koncepcja, która bardziej odpowiadała interesom radzieckim. Dlatego w powojennej praktyce politycznej wdrażano w życie głównie te idee, które wcześniej były głoszone przez komunistów przebywających na wschodzie. Władze przekonywały społeczeństwo, że Polska w wyniku zmiany granic stała się krajem jednolitym etnicznie, pozbyła się mniejszości narodowych i kłopotów z tym związanych. Fakt, że w granicach państwa w 1945 r. było prawie 4 mln ludności niepolskiej przyjmowano jako stan tymczasowy. O losach najliczniejszej niepolskiej grupy narodowościowej — niemieckiej — rozstrzygnięto w Jałcie i Poczdamie. Wcześniej jednak w deklaracji ideowej Związku Patriotów Polskich w ZSRR z czerwca 1943 r. podkreślono wyraźnie, że odbudowa polskości na terenie przyszłych ziem odzyskanych powinna stać się podstawowym zadaniem polityki państwa polskiego[3]. Problem Litwinów, Białorusinów i Ukraińców mieszkających przy wschodniej granicy miał być rozwiązany na zasadzie przesiedlenia tej ludności do ZSRR. Opuszczone miejscowości przewidywano natomiast zasiedlić Polakami wysiedlonymi z kolei z ZSRR. Stosowne umowy Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN) zawarł w połowie września 1944 r. z lokalnymi rządami radzieckimi w Wilnie, Mińsku i Kijowie[4].

W 1945 r. retoryka narodowa stała się istotną częścią propagandy komunistycznej w Polsce. Jednolita narodowo powojenna Polska miała stanowić przeciwieństwo wielonarodowościowej i rozdzieranej wewnętrzymi sprzecznościami II Rzeczypospolitej[5]. W tym kontekście mówienie o mniejszościach narodowych w kategoriach bieżącej polityki stało w sprzeczności z doktryną państwa narodowego. Dlatego też w pierwszych powojennych latach nie powstały żadne projekty polityki wobec mniejszości narodowych, gdyż miały one zniknąć z krajobrazu Polski. Wysiłek władz partyjnych i administracji państwowej skupiał się głównie na tym, aby proces ten zakończył się możliwie jak najszybciej. Jednocześnie jednak polityka ta była zgodna z oczekiwaniami większości społeczeństwa. Wysiedlanie Niemców i Ukraińców lub zamykanie szkół białoruskich spotykało się z dość powszechną akceptacją. Na niższych szczeblach władzy z reguły zaś domagano się bardziej radykalnych i represyjnych metod postępowania wobec mniejszości narodowych niż te, które były proponowane przez centralne ośrodki decyzyjne.

Istotne różnice na temat polityki narodowościowej wśród komunistów polskich występowały głównie w pierwszym okresie działalności PKWN. Chodziło głównie o taktykę postępowania wobec ludności niepolskiej w okresie przejściowym, do czasu zakończenia akcji przesiedleńczej. W celu koordynacji postępowania wobec mniejszości narodowych powołano w strukturach Departamentu Politycznego Resortu Administracji Publicznej Wydział Narodowościowy, a w nim Referat do Spraw Pomocy Ludności Żydowskiej[6]. Na obszarach administrowanych przez PKWN oprócz Żydów mieszkali Białorusini, Litwini, Ukraińcy i nieliczni Niemcy. Władze lubelskie starały się przede wszystkim zebrać informacje na temat oczekiwań politycznych każdej z tych społeczności oraz roli, jaką odgrywały podczas niemieckiej okupacji. Poza podejrzeniami o kolaborację byli jedynie Żydzi. Znaczną część tej społeczności stanowiły zresztą osoby powracające ze wschodu, gdzie znalazły się w okresie wojny uciekając przed hitlerowskim ludobójstwem. Władze PKWN deklarowały im pomoc w odzyskaniu majątku, a zwłaszcza domów, które w międzyczasie zostały zasiedlone przez ludność polską. Pozwolono także na tworzenie Komitetów Żydowskich, które miały zajmowć się niesieniem pomocy osobom, którym udało się przetrwać wojnę. Rzeczywistość na szczeblu lokalnym wyglądała mniej optymistycznie. Lokalni urzędnicy przyjmowali Żydów jak petentów, za którymi idą kłopoty. Ekscesy antysemickie w małych miasteczkach z reguły spotykały się z bezkarnością. Powracający ze wschodu Żydzi często ginęli w napadach, pogromach, byli skrytobójczo zabijani przez bojówki narodowego podziemia jako rzeczywiści lub domniemani komuniści. Niekiedy przemocy dopuszczali się nowi właściciele mienia pożydowskiego, obawiając się jego utraty[7]. Dlatego władze PKWN, aby zapewnić w miarę bezpieczną egzystencję powracającym do Polski Żydom, delegowały niekiedy do województw specjalnych wysłanników, którzy mieli pomagać organizować życie tej społeczności[8]. Ze sprawozdania Wydziału Narodowościowego Departamentu Politycznego MAP Rządu Tymczasowego za drugi kwartał 1945 r. wynikało jednoznacznie, że władze nie były w stanie powstrzymać terroru antysemickiego. MAP obarczało winą głównie Ministerstwo Informacji i Propagandy, że nie podjęło zdecydowanej akcji uświadamiającej społeczeństwo polskie[9].

Rosnąca liczba wystąpień antysemickich zmusiła Wydział Narodowościowy do opracowania w maju 1945 r. Projektu dekretu o zwalczaniu nienawiści rasowej, narodowej i wyznaniowej. Dokument miał być przedstawiony do akceptacji Krajowej Radzie Narodowej. Projekt przewidywał traktowanie działalności sprzyjającej narastaniu nienawiści na podłożu rasowym, narodowym lub wyznaniowym jako wystąpień antypaństwowych. „Kto sieje nienawiść narodowościową, rasową lub wyznaniową przez podburzanie, rozpowszechnianie podburzających pism, książek, ilustracji, umieszczanie w widocznych miejscach takiej samej treści napisów lub haseł, wygłaszanie mów, odczytów, czy też w inny sposób przyczynia się do wywołania wzajemnej nienawiści narodowościowo-wyznaniowej, podlega karze [pozbawienia wolności — E. M.] od 5 do 15 lat”[10]. Taki sam wyrok przwidywano za wykonywanie druków i ilustracji do tych pism i książek. Skazani mieli być pozbawiani mienia. Projekt, ze względu na radykalizm proponowanych działań, nie uzyskał akceptacji kierownictwa MAP i nie wyszedł poza ramy tego resortu.

Wśród kierownictwa PKWN panowała duża zgodność w sprawie postępowania wobec Niemców. Wprawdzie na obszarach administrowanych przez Komitet pozostali głównie ci, którzy mieszkali tam przed 1939 r., lecz na nich właśnie skupiły się pierwsze działania władz, będące w dużej mierze reakcją na okrucieństwa okupacji hitlerowskiej. Już w końcu sierpnia 1944 r. przebywający w Rzeszowie kierownik Resortu Oświaty PKWN Stanisław Skrzeszewski proponował Edwardowi Osóbce-Morawskiemu, aby zabitych przez akowców działaczy Związku Młodzieży Wiejskiej RP „Wici” pochować jako ofiary agentury niemieckiej i przy okazji wywołać represje przeciw volksdeutschom. Pogrzeb miała poprzedzić manifestacja z udziałem kleru katolickiego, wojska, milicji i społeczeństwa, podczas której zamierzano wskazać „sprawców” zabójstwa wiciowców[11]. Represje wobec Niemców organizowano także w Białymstoku. Ich rozmiar budził nawet wątpliwości miejscowych przedstawicieli PKWN. W listopadzie 1944 r. wojewoda białostocki Jerzy Sztachelski zwracał uwagę władzom centralnym, że „akcja likwidacji volksdeutschów stała się źródłem demoralizacji w milicji”[12].

Wspomniana „likwidacja volksdeutschów” była wynikiem realizacji „Instrukcji Kierownika Resortu Bezpieczeństwa Publicznego PKWN Stanisława Radkiewicza z 30 października 1944 r. o przytrzymaniu i odesłaniu do obozów pracy zdrajców Narodu, tzw. Volksdeutsche”[13]. Instrukcja była adresowana do wojewódzkich, powiatowych i miejskich komendantów Urzędu Bepieczeństwa Publicznego (UBP) oraz milicji. Według Stanisława Radkiewicza zdrajcą narodu był każdy przedwojenny obywatel polski, który podczas okupacji zadeklarował przynależność do narodu niemieckiego lub wskazał swoje niemieckie pochodzenie. Według tej definicji praktycznie każdy obywatel II Rzeczypospolitej narodowości niemieckiej był zdrajcą. Wszyscy volksdeutsche, którzy mieli ukończone 16 lat powinni być zatrzymani i odesłani do obozów pracy. Rodziny zatrzymanych, zgodnie z instrukcją szefa resortu UBP, otrzymały w dokumentach osobistych adnotację: „Rodzina volksdeutscha”. Dotyczyło to także tych, którzy osobiście nigdy nie deklarowali związków z narodem niemieckim. Instrukcja szczegółowo opisywała sposób zatrzymania i postępowania wobec volksdeutschów. Była to w zasadzie lista obowiązkowych szykan, którym mieli być poddani Niemcy, wcześniej będący obywatelami polskimi.

Dwa lata po zakończeniu wojny rząd podjął próbę określenia liczby poszczególnych mniejszości narodowych w Polsce oraz dynamiki zmian demograficznych zachodzących w tym środowisku. Według sprawozdań nadesłanych przez wojewodów we wszystkich województwach nastapił znaczny spadek liczby ludności niepolskiej. Najwięcej ubyło w województwach zachodnich i południowo-wschodnich, skąd wysiedlano Niemców i Ukraińców. W większości województw malała także liczba Żydów. W ciągu dwóch powojennych lat Polska pozbyła się około 60 proc. mniejszości narodowych[14].

* * *

Jako bardzo trudny do rozwiązania władze PKWN uznały problem litewski. Podstawową trudność w tej sprawie — jak się wydaje — stanowiła powszechna nieznajomość zagadnienia litewskiego. Urzędnicy wszystkich szczebli stawiali wiele pytań, na które nikt nie był w stanie udzielić odpowiedzi. Wojewoda białostocki Jerzy Sztachelski po kilku miesiącach urzędowania szczerze przyznawał, że wśród swoich współpracowników nie ma osób znających specyfikę środowiska litewskiego. Jest parę gmin — pisał — w stu procentach zamieszkałych przez Litwinów. Celowym byłoby je zamienić na gminy zamieszkałe przez Polaków na Litwie[15]. Nie potrafił jednak wskazać ani gmin zamieszkałych przez Litwinów w Polsce, ani gmin zamieszkałych przez Polaków na Litwie, które mogłyby zmienić przynależność państwową. Alarmował jednak rząd, że w granice Polski w ślad za Armią Czerwoną przeniosło się około 3 tys. Litwinów, którzy przed kilku laty zostali przesiedleni na terytorium Litwy Radzieckiej na mocy porozumienia niemiecko-radzieckiego z 1941 r. Powracający Litwini chcieli odzyskać gospodarstwa, które były ich własnością przed 1941 r. Rodziło to konflikty z użytkującą je ludnością polską. Rozwiązania tego problemu władze PKWN upatrywały na drodze wysiedlenia Litwinów do LSRR.

Wielkie nadzieje pokładano w realizacji układu „dotyczącego ewakuacji ludności polskiej z terytorium LSRR i ludności litewskiej z terytorium Polski” podpisanego 22 września 1944 r. przez przewodniczącego PKWN Edwarda Osóbkę-Morawskiego i przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych LSRR Gedwila[16]. Przesiedlanie ludności według tego dokumentu miało trwać od 1 grudnia 1944 do 1 kwietnia 1945 r. przy zachowaniu zasady dobrowolności wyboru miejsca zamieszkania przez obie mniejszości. Na szczeblu wojewódzkim w Białymstoku rozważano jednak możliwość zastosowania przymusu wobec Litwinów uchylających się od wyjazdu. Argumentem miało być ich „antypolskie, antysowieckie i proniemieckie usposobienie”[17].

Z różnych spisów przeprowadzanych przez administrację powiatową w Suwałkach na zlecenie Ministerstwa Administracji Publicznej lub władz wojewódzkich w Białymstoku wynikało, że w północno-wschodniej Polsce mieszkało od 2 do 3 tys. Litwinów[18]. Starosta suwalski Stanisław Łapot, uwzględniając tendencje urzędników gminnych do zaniżania liczby Litwinów, szacował, że na terenie powiatu w październiku 1944 r. było ich około 6 tys[19]. Badacz dziejów mniejszości litewskiej w powojennej Polsce Krzysztof Tarka szacował tę wielkość na 8-10 tys.[20] Z technicznego punktu widzenia przesiedlenie takiej liczby ludności nie stanowiło problemu. Istotną przeszkodą w realizacji postanowień układu z 22 września była zasada dobrowolności. W warunkach jej przestrzegania jedynie poszczególne jednostki zdecydowały się na przesiedlenie do Litwy Radzieckiej[21]. Zabiegi czynione w październiku 1945 r. przez nowego wojewodę białostockiego Stefana Dybowskiego w Ministerstwie Administracji Publicznej (MAP) „aby wszyscy Litwini skorzystali z możliwości zamieszkania na Litwie” nie znajdowały jednak posłuchu w Warszawie[22]. Ministerstwo zaakceptowało natomiast propozycje wojewody białostockiego i starosty suwalskiego Wacława Kraśki, aby Litwinów, którzy nielegalnie przybyli do Polski oddawać do dyspozycji władz radzieckich. Dotyczyło to także byłych obywateli II Rzeczypospolitej, którzy zostali przesiedleni do LSRR w 1941 r. i obecnie wracali do własnych gospodarstw[23].

Antagonizm polsko-litewski obejmował nie tylko płaszczyznę stosunków między władzą a mniejszością litewską, lecz także tkwił we wzajemnych relacjach między obiema społecznościami. Niechęć do Litwinów ze strony administracji państwowej i wojska powodowała, że w sytuacjach zagrożenia szukali oni ochrony u komendantów placówek NKWD stacjonujących na terenie Suwalszczyzny, co przyczyniało się do dalszego zaostrzania konfliktów[24]. Ponieważ zarówno Polacy, jak i Litwini, byli katolikami, istniał zadawniony spór o język nabożeństw w kościele. Administracja powiatowa w Suwałkach oraz miejscowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego czyniły wszystko, aby język litewski wyrugować z życia religijnego. Stanowisko to było zresztą zbieżne z działaniami łomżyńskiej kurii biskupiej, która z reguły nie uwzględniała postulatów ludności litewskiej w kwestii języka nabożeństw[25]. W wyniku działań lokalnych władz państwowych i kościelnych w 1947 r. w większości parafii mieszanych, zamieszkałych przez Polaków i Litwinów, zaprzestano odprawiania nabożeństw po litewsku.

Mimo oczekiwań ludności litewskiej w pierwszych latach po wojnie nie powstały szkoły z litewskim językiem nauczania. Wprawdzie w kilku miejscowościach w roku szkolnym 1944/1945 nauczano litewskiego w wymiarze dwóch godzin tygodniowo, lecz zaniechano tego, argumentując planowanym wyjazdem Litwinów do ZSRR[26].

W 1947 r. informacje o mieszkających w Polsce Litwinach rzadko pojawiały się w korespondencji urzędowej. Litwini w obawie przed przymusowym przesiedleniem nie zgłaszali pod adresem władz żadnych potrzeb oświatowych, kulturalnych, ani językowych. Z drugiej strony uznano to za przejaw ich lojalnego zachowania wobec państwa i narodu polskiego oraz dobrą perspektywę na szybką asymilację[27].

* * *

Prawdziwym dylematem w polityce wewnętrznej PKWN stawał się natomiast problem białoruski i ukraiński. W nowych granicach państwa polskiego pozostawało kilkaset tysięcy przedstawicieli tych narodowości. Zarówno Białorusini, jak i Ukraińcy, zamieszkiwali tereny nadgraniczne, w stosunku do których nie było pewności czy Stalin pozostawi je ostatecznie w Polsce. Tajny raport majora Szyra z Zarządu Politycznego Wojska Polskiego sporządzony we wrześniu 1944 r. na zlecenie sekretariatu prezydium PKWN mówił jednoznacznie, że w Białymstoku nic nie przypomina, aby to miasto należało do Polski[28]. Wszędzie widać portrety Stalina, a odezwy do Polaków wydaje się wprawdzie w języku polskim, lecz ozdobione pięcioramienną gwiazdą. Z ulicznych głośników płynie muzyka z pieśniami sowieckimi, wyświetlane są sowieckie filmy, w życiu kulturalnym widać tylko rosyjskojęzycznych artystów. Wszystko to odbywa się przy braku jakiejkolwiek propagandy z naszej strony — pisał mjr Szyr. Zaznaczał przy tym, że to, co działo się w Białymstoku, znajdowało aprobatę Białorusinów, a wśród Polaków rodziło przekonanie, że tak właśnie rodzi się radziecka Polska. Również dokonujący w połowie sierpnia 1944 r. kontroli województwa białostockiego wysłannik PKWN kapitan Jan Kotwicz-Skrzypka donosił, że po wkroczeniu Armii Czerwonej Białorusini zabiegali, aby Białystok został miastem radzieckim[29].

Dysponując takimi raportami władze PKWN miały podstawy do obaw o przynależność państwową Białostocczyzny. Każda zatem decyzja wobec Białorusinów zamieszkujących ten region wiązła się z pewnym ryzykiem. Najbezpieczniejszym rozwiązaniem uznano wciąganie tej ludności do budowy polskiego aparatu władzy komunistycznej.

Jako podstawowe kryterium, wyodrębniające Białorusinów z ogółu społeczeństwa Białostocczyzny, administracja państwowa przyjmowała wyznanie prawosławne. Poza jej uwagą pozostawał zatem dość liczny element etnograficznie białoruski wyznania katolickiego. Zastosowanie tego kryterium, chociaż budzi poważne wątpliwości, było uzasadnione. Sposób zbiorowego zachowania i system przyjętych wartości przez białoruskojęzycznych katolików, zamieszkujących powiaty sokólski i białostocki, był prawie identyczny jak ludności sąsiedniego Mazowsza.

Również poważne obawy może budzić potraktowanie wszystkich wyznawców prawosławia jako Białorusinów, zwłaszcza przy założeniu, że świadomość narodowa tej mniejszości nie była dostatecznie ukształtowana, i że znacznie częściej niż pojęcie „Białorusin” występowało samookreślenie „tutejszy” lub „ruski”. Należy również uwzględnić fakt, że spora część ludności zarówno prawosławnej, jak i katolickiej, została wciągnięta w krąg statystyki, która jej nie dotyczyła. Obejmowała ona bowiem również tych, którzy nie posiadali żadnej ideologii narodowej i nie poczuwali się do szerszej więzi niż więź regionalna.

Białorusini mieszkali we wschodniej części powiatów bielskiego, białostockiego i sokólskiego. W październiku 1944 r. władze wojewódzkie na polecenie PKWN po raz pierwszy podjęły próbę określenia liczby ludności niepolskiej na terenie Białostocczyzny oraz zorientowania się w zakresie jej potrzeb[30]. Było to przedsięwzięcie niezmiernie trudne do zrealizowania, zważywszy na fakt, że struktury administracyjne dopiero formowały się, a większość kadry stanowiącej aparat władzy przysyłana tu była spoza województwa białostockiego. Ludzie ci nie mieli prawie żadnego rozeznania w stosunkach narodowościowych tego obszaru. Starostom udało się wprawdzie pozyskać sprawozdania o strukturze narodowościowej z większości gmin powiatu białostockiego, bielskiego i sokólskiego, lecz otrzymane wyniki wskazują, że dane te zbierano w rozmaity sposób. W przypadku Białorusinów, większość zarządów gminnych przesłała informacje o liczbie wyznawców prawosławia na terenie ich administrowania. Z wielu gmin nadesłano dane szacunkowe uzyskane według bliżej nieokreślonego kryterium. Autentyczność podanych liczb najczęściej zależała od uczciwości i stopnia fachowości pracowników. Tymczasem wielu ówczesnych urzędników nie odróżniało nawet pojęcia narodowości od obywatelstwa. Stąd też zdarzały się przypadki, że jako mniejszość narodową traktowano wyłącznie przebywających czasowo na Białostocczyźnie obywateli radzieckich[31].

Według relacji nadesłanych z powiatów, na terenie województwa białostockiego mieszkało 127 tys. Białorusinów[32], w tym 86 tys. w powiecie bielskim[33]. Oczywiście, ze względu na sposób zbierania informacji, danych tych nie przyjmowano jako w pełni wiarygodnych. Wątpliwości budziły zwłaszcza dane zebrane w powiecie białostockim i sokólskim. Ponieważ do zarządów miejskich i gminnych tych powiatów nie przesłano żadnych instrukcji mówiących o tym, jak należy dokonać spisu ludności niepolskiej, niektórzy przedstawiciele administracji gminnej informowali, że wywieśili ogłoszenia, aby wszyscy Białorusini zgłosili się do rejestracji, a ponieważ zgłoszeń nie było, więc uznali oni, że na terenie gminy nie ma żadnych mniejszości[34]. Hasła o Polsce jako kraju jednolitym narodowo ułatwiały takie postępowanie. Powtórnie przeprowadzony spis ludności niepolskiej w styczniu 1945 r. wykazał, że na terenie powiatu białostockiego mieszkało ponad 32 tys. Białorusinów[35]. W powiecie sokólskim kilkakrotnie podejmowane próby określenia liczby ludności białoruskiej kończyły się niepowodzeniami. Uwzględniając liczbę Białorusinów przesiedlonych do ZSRR na mocy umowy repatriacyjnej (9,7 tys.) oraz pozostających na terenie powiatu w 1949 r., wielkość tę w pierwszych miesiącach po wojnie należy szacować na około 23 tys.[36]

Istniejące dokumenty pozwalają jedynie na stwierdzenie, że tuż po zakończeniu wojny na Białostocczyźnie mieszkało 150-160 tys. Białorusinów, zaś po zakończeniu repatriacji (wyjechało około 38 tys. osób) pozostało około 125 tys., w tym w powiecie bielskim 86 tys., białostockim 25 tys., sokólskim 14 tys.

Władza komunistyczna na Białostocczyźnie nie miała żadnych korzeni, trwanie jej w oparciu o element miejscowy było możliwe tylko przy włączeniu ludności białoruskiej do budowy nowych struktur. W 1944 r. urzędy gminne, rady narodowe, organizacje PPR powstawały w zasadzie tylko we wschodniej części województwa, na terenach zamieszkałych przez ludność białoruską. Na początku 1945 r. PPR na terenie powiatu białostockiego liczyła 228 członków, w tym 175 Białorusinów, 52 Polaków i 1 Żyd[37]. W powiecie tym Białorusini stanowili 25 proc. ludności, a ich udział w organizacji partyjnej przekraczał 75 proc.. Podobnie wyglądała sytuacja w powiecie bielskim, gdzie do partii należało 520 osób, w tym 437 (84,3 proc.) Białorusinów, 82 Polaków i 1 Żyd[38]. Ludność białoruska w tym powiecie stanowiła 45% ogółu mieszkańców. W gminach zachodnich tego powiatu, zamieszkałych przez ludność polską, komórki PPR w tym czasie w ogóle nie powstały. Mniejszy był udział Białorusinów we władzach partii. Wśród 10 członków Komitetu Powiatowego w Białymstoku (stan z 1 stycznia 1945 r.) 5 było Polakami, w tym pierwszy sekretarz i wszyscy jego zastępcy[39]. Wśród 20 sekretarzy gminnych, w tym powiecie, 9 było narodowości białoruskiej i 11 polskiej[40]. Podobnie wyglądała sytuacja w powiecie bielskim[41].

W konsekwencji w pierwszych miesiącach po wojnie władza w gminach wschodniej Białostocczyzny w dużej mierze znalazła się w rękach przedstawicieli ludności białoruskiej. Wójtowie, sekretarze gmin, sołtysi, milicjanci w większości byli Białorusinami. Ze środowiska tego rekrutowała się również znaczna część kadr partyjnych, funkcjonariuszy milicji i Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (UBP), zatrudnionych w Białymstoku oraz zachodniej części województwa, zamieszkałej przez ludność polską[42].

W sierpniu 1944 r. Resort Oświaty PKWN wydał zezwolenie na tworzenie w województwie białostockim szkół z białoruskim językiem nauczania[43]. Ponieważ w wielu miejscowościach takie szkoły już istniały jako placówki radzieckie, decyzja ta była raczej demonstracją władzy polskiej na tym terenie. We wrześniu 1944 r. funkcjonowały na Białostocczyźnie 93 szkoły, w których nauczano języka białoruskiego,[44] a w październiku liczba ta wzrosła do 115[45]. Powstały także 3 szkoły średnie — gimnazja w Białymstoku i Hajnówce oraz liceum i gimnazjum w Bielsku Podlaskim[46]. Białoruskie placówki oświatowe tworzone były głównie w miejscowościach jednolitych etnicznie lub tam, gdzie ludność prawosławna stanowiła zdecydowaną większość[47]. Resort Oświaty PKWN odrzucił natomiast żądanie „prawosławnych obywateli Bielska Podlaskiego”, aby nauczanie ich dzieci odbywało się w języku rosyjskim, upatrując w tym, chyba nie bez racji, inspirację ze strony czynników radzieckich[48]. 2 września 1944 r. kierownik Resortu Oświaty skierował do kuratoriów białostockiego i lubelskiego okólnik w sprawie organizacji szkolnictwa dla dzieci białoruskich i ukraińskich. Warunkiem zaistnienia szkoły z nauczaniem w którymś z języków mniejszościowych było złożenie minimum 40 deklaracji od rodziców, których dzieci miały kształcić się w owej placówce oraz zapewnienie nauczania języka polskiego w nie mniejszej liczbie godzin niż ojczystego. Okólnik zabraniał także zatrudniania nauczycieli, którzy pracowali w okresie okupacji niemieckiej[49].

Wiele wskazywało na to, że jesienią 1944 r. władze wojewódzkie, kierowane przez I sekretarza PPR Edwardę Orłowską i pełnomocnika PKWN na teren województwa białostockiego Leonarda Borkowicza, przymierzały się do wypracowania długotrwałej polityki zabezpieczającej podstawy istnienia białoruskiej mniejszości narodowej w Polsce. We wrześniu 1944 r. Borkowicz przedstawił władzom PKWN projekt działań administracji w zakresie rozwoju białoruskiej oświaty, gdzie proponował utworzenie ośrodka dydaktycznego dla nauczycieli oraz opracowanie podręczników uwzględniających nową rzeczywistość polityczną[50]. Jeszcze na początku października władze PKWN akceptowały projekt Borkowicza[51]. Powołano nawet Redakcyjną Komisję Wydawniczą dla opracowania podręczników do szkół białoruskich. Kilka dni później pomysły te okazały się być sprzeczne z założeniami polityki narodowościowej „władzy ludowej”.

Symptomem zmiany polityki wobec Białorusinów były decyzje konferencji sekretarzy wojewódzkich i powiatowych PPR, która odbywała się w Lublinie w dniach 10-11 października 1944 r. Na pytanie Edwardy Orłowskiej, czy ludność białoruską umieszczać na listach uprawnionych do podziału ziemi obszarniczej, odpowiedziano, że Białorusinów nie należy umieszczać na listach, ani nadzielać ziemią, bowiem powinni oni wyjechać do swojej radzieckiej republiki[52]. Mimo sugestii Orłowskiej, że dla tych Białorusinów, którzy pragną pozostać w Polsce należy stworzyć warunki do normalnego rozwoju życia narodowego,[53] konferencja, zgodnie z wizję państwa bez mniejszości narodowych, odrzuciła jej propozycje[54]. Wkrótce został również odrzucony przez Resort Oświaty PKWN wspomniany projekt Borkowicza w sprawie oświaty białoruskiej. Kierownik Resortu Stanisław Skrzeszewski w piśmie do kuratora białostockiego decyzję tę motywował zamierzonym przesiedleniem Białorusinów do BSRR i, w związku z tym, uważał za zbędne wszelkie zabiegi zmierzające do podtrzymywania białoruskiego szkolnictwa[55]. Szkoły białoruskie miały jednak funkcjonować dalej, lecz szef resortu oświaty zwalniał białostockie władze oświatowe z troski o poziom ich nauczania. Dopuszczał możliwość pracy na stanowisku nauczycielskim także osób deklarujących edukację szczebla gimnazjalnego. Zabronił korzystania z podręczników wydawanych w okresie władzy radzieckiej lub niemieckiej[56]. Ponieważ innych podręczników nie było, w praktyce więc szkoły te miały funkcjonować bez żadnych pomocy dydaktycznych. Opinia pełnomocnika PKWN z Białegostoku mówiąca o tym, że dobrowolna repatriacja nie rozwiąże problemu białoruskiego w Polsce, nie była w ogóle uwzględniana przez władze centralne. Decyzja Resortu Oświaty praktycznie stworzała stan tymczasowości szkolnictwa białoruskiego w Polsce.

W połowie września 1944 r. PKWN podpisał z rządem BSRR wspomniany już układ o repatriacji ludności polskiej z terytorium Białorusi oraz białoruskiej z Polski[57]. Ewakuacja z obu stron miała być dobrowolna i przeprowadzona na dogodnych warunkach[58]. Jej zakończenie przewidziano na 15 lutego 1945 r.[59] Miesiąc po podpisaniu układu władze wojewódzkie wydały zarządzenie o „spolszczeniu” administracji we wschodnich gminach powiatów: białostockiego, bielskiego i sokólskiego[60]. W ślad za tym wstrzymano wszystkie działania sprzyjające utrwalaniu białoruskiej tożsamości narodowej wśród ludności Białostocczyzny. Nie podejmowano natomiast żadnych działań w kierunku zmniejszenia udziału Białorusinów w PPR, MO, UBP, administracji gminnej. W miarę rozbudowy struktur „władzy ludowej” systematycznie zwiększał się w nich udział osób białoruskiego pochodzenia. Wynikało to także z faktu, że w niektórych gminach mieszkańcami byli prawie wyłącznie Białorusini. Przez kilka pierwszych miesięcy 1945 r. władze wojewódzkie nie podejmowały żadnych decyzji w sprawie Białorusinów, oczekując na decyzje ze strony rządu, a także na rezultaty dobrowolnej repatriacji. Jednocześnie przybyli z zewnątrz decydenci zaczęli odkrywać, że ludność białoruska zachowuje ogromną bierność w eksponowaniu problemów narodowych, wykazuje skłonności do samookreślania się Polakami, jest lojalna wobec władz i nie kwapi się do wyjazdu[61]. Nie było zatem istotnych powodów dla których lokalne komunistyczne władze polskie mogłyby być zainteresowane pozbyciem się Białorusinów z Białostocczyzny, zwłaszcza że stanowili istotną podporę tworzącego się systemu.

Wyjątkową aktywność na rzecz repatriacji wykazywały natomiast przedstawicielstwa radzieckie. Komisarze do spraw repatriacji byli kilkakrotnie obecni w każdym domu prawosławnym, agitowali do wyjazdu, obiecywali prywatne gospodarstwa rolne na Białorusi lub nad Wołgą, pomoc ze strony państwa w zagospodarowaniu się i wizję szczęśliwego życia „w państwie rządzonym przez robotników i chłopów”[62]. Przedstawiciele sowieccy namawiali także Białorusinów, aby ci nie oddawali kontyngentów nałożonych przez administrację polską. Przekonywali, że zboże i zwierzęta domowe przydadzą się im wkrótce w nowych gospodarstwach na terenie BSRR[63]. Komisarze żądali także od władz polskich użycia środków przymusu wobec tych Białorusinów, którzy zapisali się na listę wyjeżdżających, a później unikali wykonania tego zobowiązania.

W pierwszej połowie 1945 r. rząd polski nie zajął żadnego wyraźnego stanowiska w sprawie repatriacji Białorusinów. Wojewoda białostocki kilkakrotnie zwracał się do władz centralnych z pytaniem, jak powinien ustosunkować się wobec niekontrolowanej działalności przedstawicieli radzieckich służb repatriacyjnych oraz Białorusinów, którzy nie chcą, mimo wcześniejszych deklaracji, opuszczać terytorium Polski[64]. Z powodu braku jakichkolwiek wytycznych z Warszawy administracja lokalna, wyrażając dezaprobatę wobec poczynań komisarzy radzieckich, nie podejmowała żadnych działań sprzyjających przesiedleniu Białorusinów do ZSRR[65].

Na początku 1945 r. uaktywniło się natomiast zbrojne podziemie, które w znacznym stopniu zmieniło sytuację Białorusinów na Białostocczyźnie[66]. W 1944 r., ze względu na nasycenie tego obszaru jednostkami radzieckimi, było ono mało widoczne. Na Białostocczyźnie najaktywniejsze były formacje Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ), Narodowego Związku Wojskowego (NZW) oraz Wolności i Niezawisłości (WiN). Działały także liczne grupy zbrojne, rekrutujące się z miejscowej ludności polskiej, nie związane z żadną opcją polityczną. Powojenny konflikt między Białorusinami i Polakami był zarówno następstwem wydarzeń, które następowały po 1939 r., jak również aktualnych postaw obu społeczności. Polacy postrzegali Białorusinów jako tę zbiorowość, której samo istnienie stało się przyczyną wkroczenia wojsk radzieckich we wrześniu 1939 r. W przyszłości również mogli stwarzać pretekst do łączenia Białostocczyzny z Białorusią. Okres okupacji niemieckiej nie sprzyjał bynajmniej łagodzeniu konfliktów. Po ponownym wkroczeniu Armii Radzieckiej pojawiła się wprawdzie władza polska, ale nieakceptowana przez większość społeczeństwa i korzystająca z poparcia Białorusinów.

Wydarzenia z lat 1945-1947 na Białostocczyźnie oprócz konfliktu politycznego miały bez wątpienia także kontekst narodowościowy. Działania podziemia nie ograniczały się do walki ze strukturami komunistycznego państwa, lecz wymierzone były także w ludność białoruską. Podziemie działające na Białostocczyźnie nie stanowiło zresztą monolitu politycznego. Większość oddziałów rekrutowała się z zachodniej części województwa, obszarów przed wojną pozostających pod wpływami endecji. Również w oparciu o miejscową ludność polską działały ugrupowania poakowskie przybyłe z Wileńszczyzny. Oddziały te zapisały się dużą ilością zbrodni popełnionych na bezbronnej ludności cywilnej[67]. Wśród Białorusinów wywołały szok. Z gmin mieszanych etnicznie, w środkowej części powiatu bielskiego, ludność całymi wsiami uciekała na wschód lub na ziemie zachodnie i północne. Jednym z celów terroru podziemia, nasilonego zwłaszcza na początku 1946 r., było zmuszenie Białorusinów do opuszczenia terytorium Polski[68]. Największą liczbę zbrodni na ludności białoruskiej popełnił oddział Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowego Związku Wojskowego dowodzony przez Romualda Rajsa, ps. „Bury”. W ciągu kilku dni na przełomie stycznia i lutego 1946 r. żołnierze „Burego” dokonali pacyfikacji 6 wsi białoruskich. W okrutny sposób zamordowano 87 przypadkowych osób, kilkadziesiąt dotkliwie okaleczono. Mieszkańców wsi Zaleszany spalono żywcem w zamkniętym budynku[69].

Nie oznacza to, że całe podziemie działające na Białostocczyźnie miało tak zbrodniczy charakter, jak formacje PAS NZW. Większość grup zbrojnych kontakty z ludnością białoruską ograniczała do rabunku żywności i wartościowych przedmiotów. Często nakładano na ludność regularne kontrybucje[70], karano natomiast za oddanie kontyngentów nałożonych przez władze komunistyczne[71]. W gminach zamieszkałych przez ludność polską ściąganie podatków było praktycznie niemożliwe, dlatego też władze starały się wyrównać bilans województwa nakładając dodatkowe świadczenia na ludność białoruską[72].

Wobec istnienia dwóch zwalczających się orientacji polskich, Białorusini nie musieli nawet wybierać po której stronie się opowiedzieć. Znaleźli się po tej samej stronie barykady co władza, chociaż nie wszyscy byli jej zwolennikami[73]. Ich zdaniem taki wybór dawał jednak szansę pozostania na swojej ziemi i powrót do normalnego życia.

Politykę w stosunku do pozostających w państwie polskim Białorusinów kształtowały w tym okresie głównie czynniki lokalne. Ilość pytań kierowanych do organów centralnych w 1945 r. świadczy o braku jakichkolwiek instrukcji. Oficjalnie propagowany model państwa jednonarodowego nie stwarzał podstaw do prowadzenia konstruktywnej polityki narodowościowej. W pracy administracji białostockiej ze zrozumiałych względów powstawał jednak problem: jak potraktować istnienie dość licznej grupy ludności białoruskiej, czy preferowany model państwa jednonarodowego uznać za już istniejący, czy też jako cel polityki, wreszcie, jak zachować się wobec, nielicznych wprawdzie, Białorusinów domagających się własnych szkół i placówek kulturalnych.

Władzy zależało przede wszystkim na pozyskaniu większości polskiej, znajdującej się w orbicie wpływów podziemia. Liczna reprezentacja białoruska w milicji, UBP, PPR, radach narodowych z jednej strony stanowiła mocne wsparcie tej władzy, z drugiej zaś barierę w zbliżeniu z ludnością polską. Dlatego też starannie dbano, aby Białorusini piastujący stanowiska w aparacie partyjno-państwowym lub chociażby będących milicjantami nie zdradzali swego niepolskiego pochodzenia[74]. Od funkcjonariuszy władzy wymagano dobrej znajomości języka polskiego i posługiwania się nim w miejscach publicznych. Zamykano szkoły białoruskie, gdy mniejszość polska na terenie gminy protestowała przeciw ich istnieniu[75].

Ludność białoruska, chociaż lojalna wobec władz, stawała się niewygodna. Dla wielu przedstawicieli administracji szansą na rozwiązanie problemu było jej przesiedlenie do ZSRR. Wprawdzie w 1944 r. potępiano zbyt radykalne metody komisarzy radzieckich, lecz od połowy 1945 r. formułę o dobrowolności repatriacji władze wojewódzkie niejednokrotnie sugerowały zastąpić przymusem. Przedstawiciele Państwowego Urzędu Repatriacyjnego natomiast jednoznacznie opowiadali się za takim rozwiązaniem[76]. W sprawozdaniach wojewody białostockiego dotychczasowe pozytywne opinie o ludności białoruskiej, przesyłane do władz centralnych, zostały zastąpione doniesieniami o wrogim stosunku Białorusinów do państwa i narodu polskiego[77]. Zaznaczano jedynie, że jest to wynik okupacji i propagandy niemieckiej[78]. Najlepszym rozwiązaniem — zdaniem władz wojewódzkich — byłoby, gdyby wszyscy Białorusini wyjechali do ZSRR[79]. Starostowie bielski i białostocki wielokrotnie przekonywali zwierzchników, że Białorusini opieszale wykonują zarządzenia władz polskich w sprawie poboru roczników do wojska, dostaw wojennych, świadczeń rzeczowych, szarwarku, a lekceważeniem władz demoralizują ludność polską.

Nowy wojewoda białostocki Stefan Dybowski, pisząc sprawozdanie dla rządu w sierpniu 1945 r., powołując się na słowa prezydenta Bolesława Bieruta, wyrażał powszechną w kręgach władzy opinię, że „szczęśliwym rozwiązaniem zagadnienia mniejszości narodowych w Polsce jest stworzenie Polski jako państwa jednonarodowego”, bowiem „tereny zamieszkałe przez ludność białoruską lub ukraińską zawsze były zarzewiem wojen”[80]. Przez kilka następnych miesięcy pisał o wrogim stosunku Białorusinów do Polski i Polaków[81]. Większość tych informacji przekazywanych władzom centralnym z Białegostoku była nieprawdziwa. Przeczą im protokoły z wykonania dostaw kontyngentów i stawiennictwa poborowych w gminach zamieszkałych przez Białorusinów[82]. Dane te prawdopodobnie były znane wojewódzkim decydentom. Pisząc fałszywe opinie prawdopodobnie oczekiwali oni na decyzje władz centralnych umożliwiające przymusowe przesiedlenie.

Udział osób białoruskiego pochodzenia w strukturach władz lokalnych miał niewielki wpływ na kształtowanie się wizerunku tej mniejszości wśród Polaków. Białorusin, który awansował na stanowisko wójta lub nawet zwykłego urzędnika gminnego z reguły nie przeciwdziałał antybiałoruskim tendencjom, przejawiającym się w polityce władz zwierzchnich, zachowywał się biernie, a nawet wykonywał te polecenia, które w rzeczywistości ograniczały białoruskie życie narodowe.

Sygnały, napływające z terenu o nielojalności Białorusinów wobec władz państwowych, szły obok informacji mówiących o tym, że zamierzają oni także oderwać od Polski wschodnią Białostocczyznę[83]. Naczelnik Wydziału Społeczno-Politycznego Urzędu Wojewódzkiego powoływał się na anonimowe listy, których autorzy donosili o emisariuszach namawiających Białorusinów powiatu bielskiego do podpisywania petycji kierowanych do rządu radzieckiego z prośbą o przyłączenie tych ziem do BSRR. Nadmieniał przy tym, że 80% mieszkańców miejscowości, do których dotarli emisariusze podpisali owe petycje. Likwidacją tej akcji miał zająć się Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Białymstoku. Informacje te budziły uzasadnione zaniepokojenie władz centralnych. Zanim sprawdzono ich wiarygodność, docierały do wszystkich szczebli administracji państwowej i opinii publicznej[84]. Śledztwo prowadzone w tej sprawie wykazało, że istotnie latem 1945 r. we wsiach białoruskich zbierane były podpisy, lecz pod listem adresowanym do patriarchy moskiewskiego, aby ten nie wyrażał zgody na autokefalię Kościoła prawosławnego w Polsce[85]. Akcja została zainicjowana przez część kleru prawosławnego, nie uznającą jurysdykcji narzuconego przez władze polskie biskupa Tymoteusza (Jerzego Szrettera). Nie można oczywiście wykluczyć także możliwości, że część ludności białoruskiej, przerażona terrorem podziemia, chciała znaleźć się w granicach BSRR wraz ze swoimi gospodarstwami, lecz jakakolwiek działalność w tym kierunku groziła konsekwencjami zarówno ze strony władz, jak i podziemia.[86] Incydent ten narodził jednak legendę o białoruskich ciągotach irredentystycznych. Nikt bowiem opinii publicznej nie wyjaśniał rzeczywistego stanu rzeczy.

W pierwszej połowie 1946 r. nastąpiła dosyć wyraźna zmiana polityki władz wobec Białorusinów. Ci ostatni, w obawie przed przymusowym przesiedleniem, nie stawiali już prawie żadnych postulatów o charakterze narodowym. Anemiczność żądań w tym zakresie spowodowała, że zaprzestano traktowania ich jako odrębnej zbiorowości narodowej. Powstało na pozór logiczne uzasadnienie, że ci, którzy czują się Białorusinami wyjeżdżają lub wyjechali do Białorusi, natomiast ci, co pozostają są Polakami wyznania prawosławnego. Argumentu takiego dostarczyli sami Białorusini, którzy w okresie nasilonej propagandy radzieckiej na rzecz repatriacji bronili się twierdząc, iż są narodowości polskiej[87].

W połowie czerwca 1946 r. prezydent m. Białegostoku A. Krzewniak pisał: „... z MO winno się usunąć ludzi źle mówiących po polsku”[88]. Zdaniem prezydenta był to podstawowy warunek do pozyskania dla władzy narodu polskiego. Jako zwierzchnik administracji miejskiej twierdził, że w Białymstoku nie odczuwa się istnienia żadnej mniejszości narodowej[89].

W listopadzie 1946 r. Ministerstwo Administracji Publicznej wydało nakaz wydalenia wszystkich obywateli, którzy urodzili się poza linią Curzona i nie byli narodowości polskiej[90]. Oznaczało to, że Białorusin urodzony w Grodnie, deklarujący urzędnikowi własną narodowość, nie mógł pozostać w Polsce. Jednocześnie administracja przestała przyjmować do wiadomości istnienie białoruskiej narodowości w Polsce, nakłaniając interesantów, by we wszelkiego typu formularzach wpisywali narodowość polską[91]. Szczególną uwagę zwrócono na tych, którzy w okresie okupacji należeli do komitetów białoruskich. Zwalniano ich z posad państwowych, usuwano z partii, represjonowano za samo członkostwo[92]. Uczestnicy zespołów artystycznych, działających pod patronatem komitetów, wkrótce trafili do więzień[93]. W 1946 r. słowo „Białorusin” dla wielu urzędników znaczyło tyle, co kolaborant. Dlatego też bycie Białorusinem stawało się wyjątkowo uciążliwe.

Od 1946 r. życzliwie traktowano tych Białorusinów, którzy wcześniej wyjechali do ZSRR i po krótkim pobycie wracali do Polski. Konfrontacja z radziecką rzeczywistością czyniła ich lojalnymi obywatelami państwa polskiego, a lojalność w tym czasie oznaczała również rezygnację z białoruskich aspiracji narodowych. Władze miały wszelkie podstawy sądzić, że godząc się na pozostanie w Polsce nie będą miały z ich strony żadnych kłopotów w budowie „jednolitego etnicznie państwa polskiego”. Zezwolono im na zajmowanie wcześniej opuszczonych gospodarstw. Również gospodarstwa tych, którzy pozostali w ZSRR i które miały być przeznaczone dla Polaków zza linii Curzona, oddawano w ręce ich krewnych lub sąsiadów[94]. Ponieważ pojawienie się osadników zazwyczaj wywoływało konflikty z miejscową ludnością[95], władze czyniły starania, aby opuszczone przez Białorusinów gospodarstwa pozostawały własnością ich bliskich, kierując repatriantów na Ziemie Odzyskane. Ten kierunek polityki widać wyraźnie od początku 1946 r.[96] W przypadku zajęcia gospodarstwa przeznaczonego na cele osadnictwa przez miejscową ludność ani milicja, ani UBP nie kwapiły się do usuwania intruzów[97]. Rady narodowe wydawały decyzje zazwyczaj korzystne dla miejscowej ludności, utrudniając tym samym osiedlanie się repatriantom.

Białorusinów potraktowano jako pełnoprawnych obywateli. Uzyskali dostęp do wszystkich instytucji stanowiących elementy składowe ludowego państwa — MO, UBP, PPR, ORMO, rad narodowych. Stanowili w nich znaczny odsetek składu osobowego. Zyskali szerokie możliwości awansu społecznego, uczestnictwa w życiu politycznym, kulturalnym i gospodarczym, lecz żadnych możliwości rozwoju własnego życia narodowego. Otrzymali pełnię praw jako Polacy, nic natomiast jako Białorusini.

Począwszy od roku szkolnego 1945/1946 władze oświatowe przystąpiły do likwidacji białoruskiego szkolnictwa, szermując hasłem, że Białorusini wyjeżdżają z Polski i szkoły takie nikomu nie są potrzebne[98]. Mimo zainteresowania ludności nie przeprowadzono naboru do klas pierwszych w szkołach średnich[99]. Jako powód podano brak odpowiednio wykwalifikowanych nauczycieli. Wcześniej poziom ich wykształcenia nie budził żadnych zastrzeżeń[100]. Obecnie, według opinii białostockiego kuratorium, na terenie Białostocczyzny nie było nauczycieli Białorusinów posiadających predyspozycje do pracy w szkołach średnich. Wkrótce podobnie oceniono nauczycieli szkół podstawowych.

W sprawozdaniach kuratora do Urzędu Wojewódzkiego zwracał on uwagę na nielojalne zachowanie się nauczycieli szkół białoruskich wobec państwa polskiego. Jako przykład nielojalności wymienił brak godła państwowego w gimnazjum w Hajnówce[101]. Jesienią 1945 r. gimnazjum to uległo likwidacji. Jako oficjalną przyczynę podano brak funduszy na szkolnictwo tego typu oraz bezzasadność jego istnienia w związku z wyjazdem Białorusinów do ZSRR[102]. Zabiegi rodziców o reaktywowanie tej placówki, czynione w białostockim kuratorium i Ministerstwie Oświaty spotkały się ze zdecydowaną odmową[103]. Szczególne zaangażowanie w likwidacji tego gimnazjum wykazała Eugenia Krassowska pełniąca wówczas funkcję kuratora białostockiego. Rok dłużej funkcjonowały szkoły średnie w Bielsku Podlaskim i Białymstoku[104]. W sierpniu 1946 r. naczelnik Wydziału Szkół Ogólnokształcących Urzędu Wojewódzkiego informował wprost przełożonych, że ich polecenie odnośnie zlikwidowania gimnazjum i liceum z białoruskim językiem nauczania w Bielsku Podlaskim zostało wykonane[105]. W szkołach powszechnych tymczasem nauczycieli Białorusinów zwalniano pod byle pretekstem[106]. Pod koniec 1944 r. było 105 szkół z białoruskim językiem nauczania,[107] w czerwcu 1945 r. — 82, w styczniu 1946 r. — 67, w grudniu 1946 r. — 41, w lutym 1947 r. — 38, w grudniu 1947 r. — 6[108]. Władze szkolne, zwalczając szkoły białoruskie, tych, którzy występowali w ich obronie nazywały „nacjonalistami” i „separatystami”[109]. Przedstawiciele miejscowej administracji twierdzili zaś, że likwidacja tych szkół przyczyni się do złagodzenia antagonizmów narodowościowych[110].

Chociaż tylko część Białorusinów wyjechała do ZSRR, dało to jednak władzom podstawy do twierdzenia, że wszyscy, którzy czuli się obcej narodowości wyjechali do swoich państw, a ci co pozostali czują się Polakami. Przy zastosowaniu tej logiki łatwo można było udowodnić, że istnienie szkół białoruskich byłoby anachronizmem. Na początku 1947 r. temat „Białorusini w województwie białostockim” oficjalnie uznano za nieistniejący. Zgodnie z logiką państwa jednonarodowego miejscowa administracja zachowywała się tak, jakby ich po prostu nie było.

* * *

Bardziej skomplikowany niż białoruski był problem ukraiński. Krwawy konflikt na pograniczu polsko-ukraińskim trwający od 1943 r. zrodził wiele negatywnych emocji stanowiących istotną barierę w porozumieniu się obu społeczności. Narodowy ruch ukraiński miał ponadto zdecydowanie antyradziecki charakter, co praktycznie pozbawiało go jakichkolwiek sojuszników po 1944 r. Władze polskie podejmując decyzje o zastosowaniu represji wobec ludności ukraińskiej mogły zatem liczyć zarówno na akceptację ze strony ludności polskiej, jak również na przyzwolenie strony sowieckiej.

W nowych granicach państwa polskiego pozostawało w 1944 r. około 650 tys. Ukraińców[111]. Zamieszkiwali głównie w województwie rzeszowskim (powiaty: przemyski, rzeszowski, krośnieński, leski, sanocki, gorlicki, przeworski, lubaczowski, brzozowski), lubelskim (powiaty: chełmski, biłgorajski, hrubieszowski, włodawski, zamojski, kraśnicki, lubartowski, tomaszowski) oraz krakowskim (powiaty: nowosądecki i nowotarski). Wiele wskazuje na to, że granica między Polską i USRR nie była wówczas ostatecznie określona. W lipcu 1944 r. I sekretarz Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Ukrainy Nikita Chruszczow domagał się od Stalina przyłączenia do Ukrainy Chełma, Hrubieszowa, Zamościa, Jarosławia i Tomaszowa, lecz jego żądania nie zyskały akceptacji centralnych władz radzieckich[112]. Późną jesienią 1944 r. nie było jednak na tym odcinku granicy żadnych polskich jednostek wojskowych. Kontrolowali ją wyłącznie żołnierze radzieccy[113].

Dowódcy stacjonujących na terenie Rzeszowszczyzny i Lubelszczyzny radzieckich jednostek wojskowych dawali lokalnym władzom podległym PKWN do zrozumienia, że zagadnienie ukraińskiej mniejszości narodowej mogą rozwiązać według własnego uznania[114]. Ze szczególnym zainteresowaniem głosu radzieckich generałów słuchali przedstawiciele lubelskiego kuratorium, którzy nie wiedzieli jak zachować się wobec Ukraińców domagających się szkół z ojczystym językiem nauczania. Najwłaściwszym sposobem rozwiązania problemu ukraińskiego w Polsce w kręgach władzy uznano przesiedlenie ich do Ukrainy Radzieckiej. Stosowną umowę o wymianie ludności PKWN podpisał z rządem USRR 9 września 1944 r. Była ona podobnej treści jak dokumenty podpisywane przez PKWN z Litwą i Białorusią. Również zakładała dobrowolność wyjazdu dla każdej z mniejszości — Polaków mieszkających na Ukrainie i Ukraińców w Polsce.

Sytuacja Ukraińców na Lubelszczyźnie i Rzeszowszczyźnie była jednak inna niż Białorusinów lub Litwinów na Białostocczyźnie. Władze polskie, zarówno centralne, jak i lokalne przejawiały bowiem ogromną determinację w działaniach mających na celu pozbycie się ich z granic Polski. Istnienie ukraińskiego narodowego podziemia w postaci Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) było jedynie elementem usprawiedliwiającym najbardziej radykalne poczynania władz wobec tej mniejszości. Zastępca kierownika Resortu Administracji Publicznej PKWN Adam Ostrowski w liście do wojewodów lubelskiego i rzeszowskiego pisał, że szybkie przeprowadzenie akcji ewakuacji ludności ukraińskiej do ZSRR jest najważniejszym problemem państwowym. Wywiezienie Ukraińców miało — zdaniem Ostrowskiego — poprawić stan bezpieczeństwa w południowo-wschodniej Polsce oraz umożliwić repatriację Polaków z Ukrainy[115]. Dlatego zasady dobrowolności przesiedlania się, zapisanej w umowie z 9 września 1944 r., od samego początku nie traktowano poważnie. Władze PKWN podjęły natomiast szereg działań mających na celu uniemożliwienie Ukraińcom pozostanie w Polsce.

Obawiając się przymusowego przesiedlenia ludność ukraińska, zamieszkująca województwo rzeszowskie, a szczególnie powiat przemyski, masowo porzucała obrządek greckokatolicki (unicki) na rzecz rzymskokatolickiego. Z wyznaniem na tym obszarze najczęściej kojarzono narodowość. Większość Ukraińców była unitami. Uzyskanie przez nich zaświadczeń od proboszczów o ich przynależności do Kościoła rzymskokatolickiego nie nasuwało wielu trudności. Zmiana obrządku z zaniepokojeniem była natomiast przyjmowana zarówno przez radzieckie służby do spraw przesiedlenia, jak i miejscowe władze polskie. Strona radziecka zwróciła się do urzędów administracji o niepotwierdzanie takich zaświadczeń, które utrudniały przesiedlenie Ukrańców, zaś starosta przemyski Stanisław Wojciechowski poprosił Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie o instrukcje w kwestii dalszego postępowania wobec zjawiska, które — jak twierdził — przybrało masowy charakter[116]. Jednocześnie starosta zwrócił się do proboszczów parafii katolickich o niewydawanie takich zaświadczeń dla osób, których nie ma w księgach metrykalnych[117]. Odpowiedź UBP w Rzeszowie nie nasuwała żadnych wątpliwości — wydawanie zaświadczeń uznano za utrudnianie pracy komisjom przesiedleńczym. Sprawa ta wywołała także ogromne zainteresowanie władz PKWN. Zastępca szefa Resortu Administracji Publicznej Adam Ostrowski w liście do wojewody rzeszowskiego z 30 grudnia 1944 r. wyjaśnił, że zmiana wyznania lub obrządku nie oznacza zmiany narodowości i nie powinna mieć wpływu na przebieg akcji przesiedleńczej[118]. Wszystkie małżeństwa zawarte w obrządku greckokatolickim miały być traktowane jako rodziny ukraińskie. W latach następnych wojewoda rzeszowski wielokrotnie donosił, że w wielu powiatach ludność ukraińska w zamian za pozostawienie ich na swojej ziemi wyrażała gotowość przejścia na obrządek rzymskokatolicki oraz zamiany cerkwi na kościoły[119]. Propozycje te nigdy nie były rozpatrywane przez władze jako warunek powstrzymujący przed wysiedleniem.

Ukraińców pozbawiono także prawa do ziemi parcelowanej w ramach reformy rolnej. Rozstrzygnięto o tym podczas narady sekretarzy powiatowych i aktywistów PPR w Lublinie 11 października 1944 r. Ogólny wniosek z tej narady w sprawach narodowościowych sprowadzał się do stwierdzenia, że miejsce Ukraińców jest na Ukrainie, a Białorusinów na Białorusi[120]. Jednocześnie, aby zmusić ludność ukraińską do „dobrowolnej ewakuacji”, nałożono na nią szereg obciążeń ekonomicznych — podwyższono podatek i obowiązkowe świadczenia rzeczowe. Zwalniano z oddawania kontyngentów tych, którzy zadeklarowali gotowość wyjazdu do ZSRR[121].

Jedną z pierwszych decyzji władz powojennej Polski w sprawie ukraińskiej była likwidacja szkolnictwa. Na mocy układu zawartego 26 lipca 1944 r. między PKWN i ZSRR unieważniono wszystkie akty prawne wydane w okresie okupacji niemieckiej. Wszystkie szkoły, które były powołane na mocy zezwoleń wydanych przez władze niemieckie traciły rację bytu, natomiast nauczyciele, którzy w tym czasie uzyskali kwalifikacje, prawo do wykonywania zawodu[122]. Kierownictwo PKWN podejmując decyzje w sprawie szkolnictwa ukraińskiego nie uwzględniało faktu, iż znaczna część szkół zaistniała po raz pierwszy w latach 1939-1941 jako sowieckie placówki oświatowe. Władze zezwoliły na funkcjonowanie szkół z ukraińskim językiem nauczania tylko tam, gdzie one istniały przed 1939 r. oraz na pracę w nich nauczycieli, którzy mieli dyplomy polskich placówek kształcenia pedagogów. Takie okoliczności istniały tylko w nielicznych przypadkach. Szkoły ukraińskie powstały w tych miejscowościach województwa rzeszowskiego, w których były przed 1939 r. oraz gdy udało się znaleźć nauczycieli nie pracujących w oświacie w okresie okupacji niemieckiej.

Na terenie działalności Kuratorium Okręgu Szkolnego Lubelskiego (KOSL) placówek takich w 1944 r. nie powołano, bowiem nie było ich przed 1939 r. „Doszło do tego — pisał wizytator lubelskiego kuratorium Jan Szurek, — że na naszym terenie, który do 1939 r. nie miał ani jednej szkoły ukraińskiej, powstały w czasie okupacji setki tych szkół, prowadzących działalność antypolską, antysowiecką i proniemiecką. Niektórzy obywatele, którzy wcześniej uważali się za Polaków, w czasie okupacji nagle stali się Ukraińcami. (...) Kierując się interesem Państwa Kuratorium OSL w jednym z pierwszych swoich zarządzeń rozwiązało wszystkie szkoły ukraińskie na terenie Okręgu”[123]. Przedstawiciel kuratorium nie zaprzeczał jednak faktu istnienia na terenie województwa lubelskiego ludności ukraińskiej, gdyż w sprawozdaniu składanym do PKWN podawał dość dokładne odsetki osób tej narodowości w poszczególnych powiatach. W hrubieszowskim mieli oni stanowić 35,8 proc. mieszkańców, włodawskim — 28,9 proc., tomaszowskim — 28,5 proc, chełmskim 24,1 proc, w pozostałych poniżej 20 proc.[124] Proponował, aby istniał, tak jak przed wojną, stan prawny umożliwiający istnienie szkół ukraińskich, lecz warunkiem ich powołania miały być deklaracje indywidualne składane przez rodziców każdego dziecka w obecności dyrektora szkoły lub urzędnika państwowego. Ten ostatni swoim podpisem powinien uwiarygodnić prawdziwość żądań opiekunów dziecka. Przedwojenne ustawodawstwo w sprawie szkolnictwa dla mniejszości narodowych przedstawiciel lubelskiego kuratorium uważał mimo wszystko za niebezpieczne dla polskiej racji stanu, gdyż dawało ono możliwość domagania się szkół z ukraińskim językiem nauczania. Prowadziło to — zdaniem wizytatora Jana Szurka — mniejszości do „obłudy, hipokryzji i oportunizmu, a jednocześnie zawierało ukryte zarzewie jątrzenia narodowościowego”. Przestrzegał jednak PKWN, że „ludność ukraińska może na pewien czas godzić się na szkołę z państwowym językiem nauczania. (...) Może nawet ludność ta — co gorsza — podawać się jako ludność polska”[125]. Lubelskie władze oświatowe nie miały żadnych wątpliwości, iż tylko wyjazd Ukraińców doprowadzi do normalizacji sytuacji na tym terenie i zdecydowanie przeciwdziałały wszelkim próbom tworzenia szkół z ukraińskim językiem nauczania. Również z Kuratorium Okręgu Szkolnego Rzeszowskiego informowano PKWN o systematycznym odrzucaniu przez ten urząd żądań ze strony Ukraińców powołania szkół powszechnych, zawodowych lub gimnazjów[126].

Sprawy wymykały się spod kontroli, gdy działaczom ukraińskim udało się dojść do porozumienia z komendantami jednostek wojsk radzieckich lub placówek NKWD stacjonujących na terenie Lubelszczyzny. W Krasnymstawie na rozkaz niejakiego kapitana Wasilewskiego miejscowy inspektor oświaty musiał powołać 4 szkoły ukraińskie w miejscowościach położonych w pobliżu tego miasta[127].

W połowie października 1944 r. rozpoczęła się akcja przesiedlania Ukraińców z Polski do ZSRR. Poprzedziła ją ogromna kampania propagandowa oraz opracowanie szczegółowych planów wysiedlania ludności z poszczególnych powiatów[128]. W pierwszych miesiącach miała ona rzeczywiście dobrowolny charakter. Wyjechały osoby, których rodziny pozostały po drugiej stronie granicy, nie posiadające gospodarstw oraz ci, którzy utracili majątek wskutek działań wojennych. Do marca 1945 r. terytorium Polski opuściło 81 tys. Ukraińców[129]. Większość chciała jednak pozostać na swojej ziemi i wszystko wskazywało na to, że dobrowolna repatriacja może tylko zakończyć się fiaskiem. Przed wyjazdem Ukraińców powstrzymywała także UPA, obawiając się m.in. utraty zaplecza społecznego.

Wobec dotychczasowych niepowodzeń w realizacji planów przesiedleńczych władze zdecydowały się zmusić Ukraińców do wyjazdu sankcjami ekonomicznymi i administracyjnymi. 13 lutego 1945 r. na posiedzeniu Tymczasowego Rządu RP zaakceptowano wniosek Państwowego Urzędu Repatriacyjnego (PUR) dotyczący bezwzględnego wyegzekwowania od pozostających w Polsce Ukraińców świadczeń rzeczowych na rzecz państwa oraz likwidacji ukraińskiego podziemia zbrojnego[130]. Postanowienie rządu otwierało milicji i UBP możliwości szerokiego stosowania represji wobec Ukraińców pod pozorem zwalczania zbrojnego podziemia oraz ściągania kontyngentów. Od końca lutego do początku kwietnia 1945 r. w wyniku działań organów bezpieczeństwa zginęło jako podejrzanych o współpracę z podziemiem kilkuset chłopów ukraińskich[131].

Przypadkowym sojusznikiem komunistycznego aparatu bezpieczeństwa okazało się polskie podziemie zbrojne. Oddziały NSZ, NOW, WiN w tym samym czasie dokonały pacyfikacji kilkunastu wsi ukraińskich, których większość mieszkańców została wymordowana. W odwecie oddziały UPA atakowały wsie zasiedlone przez Polaków. W rzeziach ginęły tysiące ludzi. We wsi Pawłokoma oddział WiN zamordował 365 osób, we wsi Piskorowice żołnierze z Narodowej Organizacji Wojskowej zabili 17 kwietnia 1945 r. ponad czterystu Ukraińców[132]. Władze państwowe zaniepokojone rozmiarami zbrodni wobec ludności cywilnej i gwałtownie rozszerzającym się konfliktem narodowościowym zmuszone zostały do przerzucenia na teren pogranicza plsko-ukraińskiego dodatkowych jednostek wojskowych. Odegrały one później znaczącą rolę w akcji wysiedleńczej.

Terror ze strony podziemia i rządowych organów bezpieczeństwa zmusił dziesiątki tysięcy ludzi do wyjazdu. Od kwietnia do połowy czerwca 1945 r. terytorium Polski opuściło prawie sto tysięcy Ukraińców. W niektórych powiatach województwa rzeszowskiego — tarnobrzeskim, niskim, rzeszowskim, łańcuckim, kolbuszowskim władze wojewódzkie zagadnienie ukraińskie uznały za rozwiązane[133]. W powiatach przeworskim, jarosławskim, przemyskim, sanockim lubaczowskim i brzozowskim — według rozeznania władz — ludność znajdowała się pod kontrolą UPA, co uniemożliwiało przeprowadzanie akcji przesiedleńczej.

Na Lubelszczyźnie, a szczególnie w powiatach włodawskim i hrubieszowskim Ukraińcy masowo wstępowali do PPR. Zdominowane zostały przez nich komitety gminne w rejonach przygranicznych[134]. Popierając „władzę ludową” wiązali nadzieje na zapewnienie ochrony przed polskim podziemiem oraz pozostanie na swojej ziemi. Podobne postawy występowały wśród Łemków zamieszkujących w powiatach nowosądeckim, nowotarskim i krośnieńskim. Tych ostatnich niewiele wiązało z ukraińską ideologią narodową, a o ich lojalności wobec państwa polskiego były przekonane miejscowe władze, niejednokrotnie informując o tym członków rządu. Rozważano nawet, aby Łemków potraktować inaczej niż resztę Ukraińców, pozostawić ich w rejonach, które zamieszkiwali, bowiem — jak argumentował wojewoda rzeszowski Jan Mirek — osadnicy nie nadają się do pracy w warunkach górskich[135]. Ani zaangażowanie w ruchu komunistycznym, ani okazywana lojalność wobec państwa nie miały jednak żadnego wpływu na decyzje rządu dotyczące przesiedlenia Ukraińców. W lipcu 1945 r. rząd z inicjatywy premiera Edwarda Osóbki-Morawskiego zdecydował się wprawdzie na rozmowy z reprezentantami ludności ukraińskiej z województw lubelskiego, rzeszowskiego i krakowskiego na temat określenia warunków jej egzystencji w państwie polskim, lecz w sierpniu powrócił do kontynuacji polityki wysiedlania[136]. Rząd próbował wpływać na Ukraińców poprzez unickiego biskupa przemyskiego Józefa Kocyłowskiego, nakłaniając go do wydania listu pasterskiego wzywającego do wyjazdów na Ukrainę. Odmowa ze strony biskupa spowodowała jego aresztowanie i osadzenie w rzeszowskim więzieniu, a następnie przekazanie władzom radzieckim. Aresztowano także wszystkich uczestników lipcowych rozmów z rządem, dając tym samym do zrozumienia, że niemożliwa jest dalsza dyskusja na temat pozostania Ukraińców w Polsce.

Do listopada 1945 r. teren województwa rzeszowskiego opuściło 123 tys. Ukraińców. Wojewoda rzeszowski szacował, że wciąż mieszkało tam 180-200 tys. osób tej narodowości. Na opuszczonych gospodarstwach poukraińskich osiedlono 22,7 tys. Polaków[137]. Problemem pozostawało jednak zapewnienie bezpieczeństwa i stabilności osadnikom. UPA bowiem systematycznie paliła wsie opuszczone przez Ukraińców[138]. Według ustaleń Urzędu Wojewódzkiego co piąte gospodarstwo zostało spalone. Często czynili tak ze swoim majątkiem wyjeżdżający do USRR byli właściciele. Wojewoda Jan Mirek w październiku informował rząd, że większość Ukraińców jest gotowa podporządkować się władzom polskim, pod warunkiem zapewnienia gwarancji pozostania w swoich miejscowościach. „Chcą zmienić wyznanie, narodowość, wyrzec się języka, szkół, byle tylko pozostać w obrębie RP”[139]. Zaznaczał, że zdecydowana postawa władz w sprawie wysiedlania Ukraińców zyskuje uznanie ludności polskiej zamieszkującej okoliczne miasta. Od września 1945 r. trzy dywizje Wojska Polskiego wspomagały oddziały Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, UBP i milicji w akcji przesiedleńczej do USRR. Zaangażowanie wojska władze wojewódzkie uznawały za najwłaściwszy sposób rozwiązania problemu ukraińskiego[140]. Na mocy rozporządzenia ministra spraw wewnętrznych z 1937 r. o strefach przygranicznych państwa dowódcy wojskowi nakazali Ukraińcom opuszczenie wyznaczonych obszarów w ciągu 14 dni. Opornych zmuszono do wykonania rozkazu brutalnymi represjami.

Mimo iż systematycznie trwało usuwanie Ukraińców z ich gospodarstw, wcześniej opracowane plany nie były w pełni realizowane. W powiecie przemyskim zakładano na przykład wysiedlenie do listopada 69,5 tys. osób, zdołano wysłać do ZSRR tylko 51 tys.[141] Ponadto tym, którzy już wyjechali, niekiedy udawało się wrócić do swoich wiosek. Zdeterminowani pozostać w Polsce często trafiali do szeregów UPA. Decyzją rządu powinni oni być traktowani jak cudzoziemcy, którzy nielegalnie przekroczyli granice Polski i przekazywani do dyspozycji władz radzieckich[142]. Wykonanie tych postanowień było jednak bardzo trudne.

Na początku 1946 r. tempo wysiedlania ludności ukraińskiej uległo znacznemu zmniejszeniu. Głównym czynnikiem powstrzymującym stała się wzmożona aktywność oddziałów UPA, które w warunkach zimowych, dzięki dobrej znajomości terenu, skutecznie paraliżowały ruchy wojska, UBP, KBW i milicji. Ponadto palenie świeżo zasiedlonych poukraińskich wsi hamowało ruch osiedleńczy i powodowało wyludnianie się całych regionów. UPA przyjęła taktykę palenia wsi polskich w odwecie za wysiedlanie ukraińskich[143]. Powstała w tym czasie atmosfera, którą można określić równowagą strachu. Nowy wojewoda rzeszowski Roman Gesing w sprawozdaniu dla rządu pisał: „Ludność polska żyje w ciągłym strachu przed napadem banderowców i innych band. Ludność zaś ukraińska żyje w strachu przed akcją Wojska Polskiego, które przeprowadzając pacyfikacje stosuje wobec niej ostre środki represyjne”[144]. Według rozeznania wojewody część Ukraińców uwierzyła w możliwość czynnej obrony przed wysiedleniami i ci stawili się do nadzwyczajnej mobilizacji ogłoszonej przez UPA, część natomiast wyjeżdżała na zachód Polski, fałszowała metryki, zmieniała wyznanie, ukrywała się u krewnych Polaków[145]. Zwracał też rządowi uwagę na propagandę UPA adresowaną do ludności polskiej, w której wyjaśniano, że palenie poukraińskich wsi zamieszkałych przez Polaków jest metodą na powstrzymanie władz pozbawiających Ukraińców ich domów i majątku[146].

Wiosną 1946 r. inicjatywę w rozwiązywaniu kwestii ukraińskiej przejęło wojsko. 5 kwietnia powołano Grupę Operacyjną „Rzeszów” (GO „Rzeszów”), w skład której włączono formacje wojska, UBP, KBW, WOP i MO. Oddziałom wojskowym przydzielano pracowników UBP, mających lepsze rozeznanie w terenie i doświadczenie w pracy operacyjnej[147]. Oficjalnie Grupa miała za zadanie zabezpieczyć prace komisji przesiedleńczych. W praktyce koncentrowano jednostki GO „Rzeszów” w określonych rejonach i po opanowaniu terenu dokonywano całkowitego wysiedlenia Ukraińców według wcześniej przygotowanych spisów. Zazwyczaj przed opuszczeniem domów dawano mieszkańcom wsi kilka godzin na zabranie najwartościowszych przedmiotów. Dowódcom 8 i 9 dywizji piechoty, stanowiących trzon sił GO „Rzeszów”, zastępca szefa sztabu generalnego WP gen. Stefan Mossor określił nawet dzienną normę osób przewidzianych do wysiedlenia[148]. Ponieważ wobec partyzantów z UPA nie obowiązywała żadna amnestia, dlatego w rejonach koncentracji oddziałów GO „Rzeszów” likwidacja podziemia ukraińskiego miała wyjątkowo krwawy charakter.

Zaangażowanie wojska przyśpieszyło proces wysiedlania. W ciągu kilku miesięcy do ZSRR wyjechało ponad ćwierć miliona osób[149]. Do 2 sierpnia 1946 r. przesiedlono łącznie 482 662 Ukraińców, tym z województwa krakowskiego 21 776 osób, rzeszowskiego 267 795, lubelskiego 190 734[150]. Opuszczone miejscowości starano się możliwie szybko zasiedlić ludnością polską przybyłą ze wschodu, lecz działania UPA skutecznie paraliżowały akcję osiedleńczą[151]. W rezultacie Polaków wysiedlanych z Ukrainy kierowano najczęściej na ziemie zachodnie, opuszczane przez Niemców.

Wiele wskazuje na to, że władze w końcu 1946 r. były przeświadczone, że w Polsce pozostało niewielu Ukraińców, głównie będących członkami rodzin mieszanych. W październiku tego roku rozwiązano nawet GO „Rzeszów” w przekonaniu, że spełniła ona swoją misję. Z Wydziału Społeczno-Politycznego Urzędu Wojewódzkiego w Rzeszowie docierały do rządu informacje mówiące o stabilizacji sytuacji w terenie, o lojalnym zachowaniu nielicznych osób ukraińskiego pochodzenia, którym udało się przetrwać wiosenno-letnią akcję wojska i organów bezpieczeństwa. W styczniu i lutym 1947 r. w korespondencji z terenu pisano o malejącej aktywności UPA, która ograniczała się do zaopatrywania oddziałów w odzież i żywność[152]. Częściej pisano o kłopotach i ofiarach wśród funkcjonariuszy UBP i milicji związanych z istnieniem NSZ. Władze wojewódzkie w Lublinie i Rzeszowie, które zazwyczaj starały się dostarczać rządowi argumentów mówiących o konieczności wzmożenia wysiłków na rzecz przymusowego wysiedlenia, obecnie pokazywały problem ukraiński jako marginalny. Oceny te były zbieżne z informacjami, którymi dysponował Sztab Generalny WP, mówiącymi o rozpadzie ukraińskiego podziemia[153].

Otwartym pozostawało natomiast pytanie, co zrobić z pozostającymi nadal w Polsce Ukraińcami, których liczbę urząd Głównego Pełnomocnika Rządu RP d/s Ewakuacji Ludności Ukraińskiej z Polski szacował na kilkanaście tysięcy[154]. W kręgach rządowych nie było rozeznania o liczbie osób ukrywających się w lasach, na obszarach wcześniej uznanych za oczyszczone z ludności ukraińskiej oraz przechowywanych przez polskich krewnych. Jesienią 1946 r. w Sztabie Generalnym WP narodził się pomysł przymusowego przesiedlenia Ukraińców pozostających na terenie województwa lubelskiego, rzeszowskiego i krakowskiego na ziemie poniemieckie. W listopadzie gen. Ostap Stecy w sprawozdaniu z działalności operacyjnej jednostek wojskowych i organów bezpieczeństwa zasugerował rządowi rozwiązanie, które stało się później podstawą do organizacji akcji „Wisła”[155]. Od początku 1947 r. przestała obowiązywać umowa o wymianie ludności między Polską i republikami radzieckimi, dlatego zdecydowano się na deportację wewnętrzną.

Dokładnie nie wiadomo kto i kiedy zainicjował przygotowania do przeprowadzenia akcji „Wisła”, lecz dowódcy oddziałów stacjonujących na Rzeszowszczyźnie otrzymali w końcu stycznia 1947 r. rozkaz zebrania informacji o liczbie ludności ukraińskiej przebywającej na terenie województwa[156]. Rzecznikiem jej wywiezienia na drugi kraniec Polski i rozproszenia na szerokiej przestrzeni był zastępca szefa Stabu Generalnego gen. Stefan Mossor. Takie rozwiązanie — zdaniem gen. Mossora — dawało nadzieję na szybką asymilację[157]. Wysiedlanie Ukraińców miało niewątpliwie poparcie społeczeństwa polskiego, bowiem wraz z repatriantami z Ukrainy docierały informacje o wydarzeniach na Wołyniu z okresu okupacji niemieckiej. Propaganda rządowa także kreowała wizerunek Ukraińca jako bandyty i okrutnika. Zastępca dowódcy Grupy Operacyjnej „Wisła” do spraw polityczno-wychowawczych ppłk Bolesław Sidziński pisał o Ukraińcach jako o „ludności pozostającej na poziomie zupełnego prymitywu”, wśród której panował analfabetyzm i zabobon[158]. Ponadto powojenna działalność UPA na terenach Polski południowo-wschodniej sprzyjała umacnianiu tego stereotypu. Dlatego śmierć gen. Karola Świerczewskiego, zabitego w potyczce z oddziałem UPA pod Jabłonką 28 marca 1947 r., stała się znakomitym pretekstem do rozwiązania problemu ukraińskiego zgodnie z oczekiwaniami czynników wojskowych. Dzień po śmierci gen. Świerczewskiego Biuro Polityczne KC PPR w składzie: Władysław Gomułka, Bolesław Bierut, Roman Zambrowski, Jakub Berman, Hilary Minc, Marian Spychalski, Aleksander Zawadzki, Stanisław Radkiewicz, postanowiło przyjąć propozycje Mossora i „w ramach akcji represyjnej (...) w szybkim tempie przesiedlić Ukraińców i rodziny mieszane na tereny odzyskane (przede wszystkim Prusy płn.), nie tworząc zwartych grup i nie bliżej niż 100 km od granicy”[159]. Akcja wysiedlenia miała być uzgodniona z rządami ZSRR i Czechosłowacji, a jej przygotowanie powierzono szefowi Sztabu Generalnego WP Marianowi Spychalskiemu i ministrowi bezpieczeństwa publicznego Stanisławowi Radkiewiczowi.

Wraz z decyzją Biura Politycznego rozpoczęto olbrzymią kampanię propagandową, w której oskarżano UPA o wszystkie możliwe zbrodnie, w tym o mordowanie ludności cywilnej podczas Powstania Warszawskiego[160]. 30 marca sztab 9 Dywizji Piechoty stacjonującej na terenie Rzeszowszczyzny dysponował już projektem działań wobec ludności ukraińskiej i rodzin mieszanych polsko-ukraińskich, które również podlegały obowiązkowemu wysiedleniu. Sztab proponował utworzenie obozów dla osób podejrzanych o współpracę z podziemiem oraz powołanie sądów doraźnych[161]. Zgodnie z decyzją Biura Politycznego z 11 kwietnia 1947 r. koordynacją przygotowań operacyjnych mieli zajmować się gen. Stefan Mossor ze Sztabu Generalnego WP, płk Grzegorz Korczyński z MBP oraz płk Juliusz Hübner z KBW[162]. Biuro Polityczne zaakceptowało także pomysł utworzenia obozu koncentracyjnego w Jaworznie, w którym mieli być zamykani Ukraińcy podejrzani o działania na szkodę państwa polskiego. Kilka dni później pojawiła się instrukcja MBP dotycząca zasad osiedlania na ziemiach północnych i zachodnich. Przewidywała ona, aby w miejscowości, do której zostali przesiedleni Ukraińcy, nie stanowili oni więcej niż 10 proc. mieszkańców. Ponadto zalecano, aby nie osiedlać ich w odległości mniejszej niż 50 km od granicy państwowej oraz 30 km od wybrzeża oraz miast wojewódzkich[163]. Do przeprowadzenia akcji, której nadano kryptonim „Wisła”, zgrupowano 18 tys. żołnierzy WP i KBW i milicjantów.

Wysiedlanie w ramach akcji „Wisła” rozpoczęto 28 kwietnia, zakończono zaś 30 lipca 1947 r. W tym czasie na ziemie zachodnie i północne przesiedlono ponad 140 tys. Osób[164]. Podczas przeprowadzania akcji wykorzystano przede wszystkim doświadczenia Grupy Operacyjnej „Rzeszów”. Wielu oficerów tam właśnie zdobywało praktyczną wiedzę na temat przeprowadzania takich akcji. Wojsko zazwyczaj otaczało wczesnym rankiem wieś szczelnym kordonem, następnie gromadzono ludność na centralnym placu, wydzielano kilka godzin czasu na spakowanie się i pod eskortą odprowadzano do punktów zbornych. Do akcji wysiedlania angażowały się także władze terenowe. W czerwcu Prezydium Powiatowej Rady Narodowej we Włodawie wydało odezwę do mieszkańców, informującą o tym, jak ludność polska w okresie zaborów straciła orientację narodową, stając się Ukraińcami i dopuszczając się zdrady wobec narodu polskiego. „Narodowi polskiemu obca jest wszelka nienawiść i mimo okrutnych morderstw dokonywanych przez UPA nie odpowiada nam dewiza „oko za oko, ząb za ząb, gdyż jako naród o łacińskiej kulturze, sprawy te reguluje na drodze rozsądku. W trosce o zapewnienie bezpieczeństwa i pracy ludności prześladowanej przez ukraińskie bandy terrorystyczne Rząd Polski przeprowadza przesiedlenie tej ludności, która przychylnie była ustosunkowana do UPA. Przesiedla się ludność ukraińską na ziemie opuszczone przez Niemcy, by zapewnić jej spokój, rozwój gospodarczy i narodowy. Czekają na nich murowane domy, budynki gospodarcze i wysoka kultura rolna” — pisano w odezwie, apelując jednocześnie o okazywanie pomocy w wysiedlaniu Ukraińców[165]. Wysiedleniu podlegali wszyscy Ukraińcy i osoby pochodzące z rodzin polsko-ukraińskich, w tym także działacze partyjni, funkcjonariusze MO, UBP, rodziny żołnierzy odbywających służbę w Wojsku Polskim[166].

Od chwili rozpoczęcia akcji „Wisła” minister obrony narodowej Michał Żymierski codziennie informował ministra bezpieczeństwa publicznego Stanisława Radkiewicza o przebiegu akcji wysiedlania Ukraińców[167]. W pierwszych tygodniach wysyłano na północ i zachód każdego dnia średnio po 2 tys. osób. Do końca maja w 210 transportach wywieziono 68 270 ludzi[168]. W czerwcu intensywność wysiedlania nieco zmalała, lecz w lipcu wywieziono ponad 38 tys. osób. Z reguły po 3-4 dniach transporty z Ukraińcami przybywały do miejsc przeznaczenia. Ostatnie trafiły na ziemie zachodnie i północne w połowie sierpnia 1947 r. Pułkownik Grzegorz Korczyński donosił rządowi, że „ludność ukraińska na ogół chętnie idzie na wysiedlenia. (...) Jedynie bandy chodzą głodne”. Dlatego — uzasadniał — najbardziej przeciwne przesiedleniom były formacje UPA, które w wyniku przeprowadzonej akcji traciły źródła utrzymania[169]. Najwięcej Ukraińców wywieziono do województwa olsztyńskiego — 55 tys., następnie szczecińskiego — 48,5 tys., wrocławskiego — 21,3 tys., poznańskiego — 8 tys., gdańskiego — 6,8 tys., białostockiego — 1 tys.[170] Rozproszenie Ukraińców na terenie kilku województw zachodnich i północnych, według inicjatorów akcji „Wisła”, miało przyczynić się do szybkiej ich asymilacji. Sprzyjać temu miało przede wszystkim odizolowanie poszczególnych rodzin od własnego środowiska, pozbawienie dostępu do prasy, książek i szkolnictwa z ojczystym językiem nauczania, zakaz prowadzenia działalności kulturalnej oraz swobodnego przemieszczania się. Sytuację pogarszała także delegalizacja w 1946 r. Kościoła unickiego, którego wyznawcami była większość Ukraińców z województwa rzeszowskiego. Ani Kościół prawosławny, ani tym bardziej rzymskokatolicki, do których trafili unici ukraińscy nie spełniał tej funkcji narodotwórczej jak niegdyś greckokatolicki.

Gigantycznym wysiłkiem wojska i służb bezpieczeństwa publicznego, narażając państwo na ogromne straty materialne, kosztem niewymiernych cierpień ukraińskiej ludności cywilnej zrealizowano ideę państwa jednonarodowego w Polsce południowo-wschodniej. Akcja „Wisła” nie przyniosła natomiast likwidacji UPA, chociaż formalnie była skierowana głównie na osiągnięcie tego celu. Po zakończeniu akcji „Wisła” wszystkie meldunki i doniesienia z województwa rzeszowskiego i lubelskiego, aż do połowy 1948 roku, mówiły o paleniu przez UPA wysiedlonych miejscowości i utrudnianiu osadnictwa polskiego na tych terenach[171].

* * *

Chociaż antagonizm na pograniczu polsko-słowackim wywoływał wśród obu społeczności równie wielkie emocje jak na na pograniczu polsko-ukraińskim, władze centralne zdecydowały rozwiązywać występujące tutaj konflikty przy uwzględnianiu podstawowych interesów ludności słowackiej. Rząd przełamywał w tej materii opór lokalnych urzędników, dokonywał zmian personalnych w milicji i wśród oficerów WOP, nakłaniał kler katolicki do uwzględniania w pracy duszpasterskiej odrębności kulturowej Słowaków, prowadził politykę opartą na zupełnie innych standardach niż w stosunku do Ukraińców.

Spór polsko-słowacki o tatrzańskie prowincje Spisza i Orawy miał długoletnią tradycję. Negocjacje związane z delimitacją granicy w tym rejonie trwały od 1918 do 1925 r. i zakończyły się kompromisem, który nie zadowalał żadnej ze stron. W Polsce pozostało 26 wsi zamieszkałych przez ludność słowacką. Jesienią 1938 r. Polska, wykorzystując sytuację polityczną po kryzysie monachijskim, znalazła się w posiadaniu spornych terenów leżących po słowackiej stronie Spisza i Orawy. Rok później północne skrawki tych prowincji, wcześniej należące do Polski, zostały przyłączone do sprzymierzonej z Niemcami Słowacji. W latach 1939-1944 powstała tam dość gęsta sieć szkół, które realizowały program wychowania młodego pokolenia odpowiadający potrzebom narodowego państwa słowackiego. W maju 1945 r. na mocy porozumienia między rządem Polski i Czechosłowacji granica powróciła na linię wytyczoną na konferencji w Spa w 1920 r.[172]

Doniesienia, jakie napływały do Warszawy w 1945 r. z powiatu nowotarskiego, mówiły o wrogim usposobieniu Słowaków zamieszkujących okolice Spisza i Orawy do wszystkiego co polskie. Inspektorat szkolny w Nowym Targu donosił, że 95 proc. ludności zamieszkującej Bukowinę podpisało listę popierającą ponowne przyłączenie tego obszaru do Słowacji. Nauczycieli polskich chłopi z Bukowiny — według informacji inspektoratu — mieli przepędzać z siekierami w rękach. Słowacy oznajmiali lokalnym władzom polskim, że będą wykonywać jedynie polecenia rządu słowackiego i żądali przeprowadzenia referendum w sprawie przynależności państwowej spornych obszarów[173]. Także Kuratorium Okręgu Szkolnego Krakowskiego (KOSK) domagało się zabezpieczenia pracy nauczycieli polskich na terytorium Spisza i Orawy, bowiem tamtejsze władze gminne zlożone ze Słowaków uniemożliwiały im wykonywanie obowiązków[174]. Gminna Rada Narodowa w Bukowinie wystosowała 24 marca 1945 r. rezolucję do Rządu Tymczasowego, w której domagała się surowego ukarania Słowaków, którzy przed 1939 r. służyli w wojsku polskim, a w okresie okupacji niemieckiej w formacjach słowackich[175]. Raport specjalny o sytuacji na terenie Spisza i Orawy z 16 kwietnia 1945 r. pisany przez oficera UBP Aleksandra Karasia donosił, że partyzanci słowaccy, określani tu jako bojówki faszystowsko-hitlerowskie, rozbrajają posterunki milicji i przejmują kontrolę nad całym obszarem[176]. Dowódca Krakowskiego Okręgu Wojskowego gen. Skokowski otrzymywał alarmujące wieści od starosty nowotarskiego, mówiące o tym, że władze cywilne zupełnie nie panują nad sytuacją, zaś granica państwowa między Polską i Czechosłowacją faktycznie istnieje tam, gdzie wyznaczyli ją Niemcy w 1939 r., rozdzielając terytorium Słowacji i Generalnego Gubernatorstwa[177].

Z korespondencji, która napływała w 1945 r. do Ministerstwa Administracji Publicznej na temat ludności słowackiej w województwie krakowskim, wynikało jednoznacznie, że okazywała ona wolę przyłączenia nadgranicznych skrawków ziemi — Spisza, Orawy — do Czechosłowacji. Te tendencje separatystyczne były podtrzymywane także ze Słowacji. Na polską część Spisza i Orawy trafiało przez niezbyt szczelną granicę wiele literatury propagandowej wzywającej Słowaków do trwania w oporze przeciw Polakom, apelującej o nieposyłanie dzieci do szkół polskich i unikanie nabożeństw odprawianych w języku polskim[178]. Całkiem oficjalnie natomiast dostarczano z Czechosłowacji pomoc materialną ludności Spisza i Orawy, którą — według informacji napływających z Urzędu Wojewódzkiego w Krakowie — nie obdarowywano jedynie Słowaków lojalnych wobec państwa polskiego[179].

Urząd Wojewódzki w Krakowie zaproponował wkrótce plan działań mających na celu integrację Spisza i Orawy z państwem polskim. W marcu plan taki został przedstawiony rządowi. Zakładał on budowę na terenach zamieszkałych przez Słowaków dróg i linii kolejowych, połączenie posterunków MO łączami telefonicznymi, przeprowadzenie nowego podziału administracyjnego w powiecie nowotarskim tak, aby zwiększyć w poszczególnych gminach udział ludności polskiej, zwiększenie premii nauczycielom uczącym słowackie dzieci, rozdanie modlitewników w języku polskim, wyposażenie świetlic i bibliotek w „odpowiednią” literaturę, stworzenie systemu stypendialnego dla młodzieży słowackiej umożliwiającego naukę w polskich szkołach średnich[180]. Był to projekt ukierunkowany na asymilację tej mniejszości.

Rząd, który skłonny był popierać podobne rozwiązania w stosunku do wszystkich innych mniejszości, w tym przypadku zadecydował inaczej. W czerwcu 1946 r. powołał Komisję Koordynacyjną dla Spisza i Orawy, w składzie której znaleźli się przedstawiciele MSZ, MON, MBP, MAP. Treść raportu tej komisji znacznie odbiegała od informacji napływających z urzędów administracji państwowej w Krakowie i Nowym Targu. Komisja przyznała, że na terenach spornych ludność polska stanowi od 2 do 20 proc. mieszkańców. Polacy — stwierdzano w raporcie komisji — są faworyzowani przez miejscowe władze. Słowacy byli m.in. pomijani podczas podziału ziemi z parcelowanych majątków oraz środków dostarczanych w ramach pomocy międzynarodowej dla ludności poszkodowanej w okresie wojny. Tuż po wojnie miejscowe władze zmusiły kler i nauczycieli słowackich ze Spisza i Orawy do opuszczenia terytorium Polski. Duchowni narodowości polskiej, którzy zajęli miejsca swoich poprzedników uznali Słowaków za „zbałamuconych” Polaków, których trzeba było repolonizować. Nauczyciele wysłani z Krakowa lub Nowego Targu, którzy mieli uczyć dzieci słowackie reprezentowali poziom zniechęcający do polskości. „Gdyby dziś utworzono szkoły słowackie, to według opinii miejscowych Polaków, większość dzieci przeniosłaby się do nich” — pisano w raporcie[181]. Za skandaliczną uznano akcję, zainicjowaną przez krakowskie Towarzystwo Przyjaciół Spisza i Orawy z ks. Franciszkiem Machajem na czele, zmuszającą Słowaków do podpisywania wiernopoddańczych deklaracji, kt&