ÁÅËÀÐÓÑÊÀß ²ÍÒÝÐÍÝÒ— Á²Á˲ßÒÝÊÀ

ÊÀÌÓͲÊÀÒ... | ×àñîï³ñû... | Ïàðòíýðû... | Âûäàâåöê³ÿ ñýðû³...À¢òàðû...

 
Ïàäï³øûñÿ íà àáíà¢ëåíüí³ ÊÀÌÓͲÊÀÒÓ

Ïîëüñê³ à¢êöû¸í  
[Allegro.pl]
Çàõîäçü!!!
 

    ÊͲò
    óñòîðûÿ
    ˳òàðàòóðà
    Ïåðàêëàäû
    Ìîâà
    Êðûòûêà
    Ðýë³ã³ÿ
    Ïàë³òûêà
    Ãðàìàäçòâà

 ×ÀÑÎϲÑÛ
  •  Àáàæóð
  •  Akcent

     
Białoruski

  • 
Annus
      Albaruthenicus
  •  ÀRCHE
  • 
Àñàìáëåÿ
  •  Białoruskie
     Zeszyty
     Historyczne

  • 
ÁÃÀ
  •  Áåëàðóñ
  •  Áåëîðóññêèé
     Ñáîðíèê

  •  Áåëüñê³
     Ãîñò³íýöü

  •  óñòàðû÷íû
     Àëüìàíàõ

  •  Ãîä Áåëàðóñê³
  •  Äçåÿñëî¢
  •  Druvis
  •  Çàï³ñû Á²Í³Ì
  •  Çÿìëÿ N
  •  Inform-Áàíê
  •  Êàëîñüñå
  •  ÊÀÌÓͲÊÀÒ
  •  ÊÐÀÉ-KRAJ
  •  ͳâà
  •  Ïàë³òû÷íàÿ

       
ñôåðà

  •  Ïàì³æ
  •  pARTisan
  •  Ïðàâ³íöûÿ
  •  Ðýçûñòàíñ
  •  Ñïàä÷ûíà
  •  Òýðìàï³ëû
  •  Terra Alba
  •  Terra Historica
  •  Ô³ëÿìàòû
  •  Ôðàãìýíòû
  •  Øóôëÿäà
  •  Czasopis

 

Íàøûÿ ñÿáðû

Òûäí¸â³ê Áåëàðóñࢠó Ïîëüø÷û ͲÂÀ SETPro://DTP=Designing+Typesetting+Programming/ Áåëàðóñêà-Àìýðûêàíñêàå Çàäç³íî÷àíüíå Belarusan Newspaper in Free World ÁÀÏÖ Âàñ³ëü ÁûêࢠÁåëàðóñêàÿ Ïàë³÷êà Áåëàðóñêàÿ Ïàë³÷êà ÇÁÑ ÁÀÖÜÊÀ¡Ø×ÛÍÀ Ïàðòûÿ ÁÍÔ Âîêàwww.bialorus.pl ÏÀÃÎÍß BrestOnline Âiëüíÿ ÇÓÁÐ Àñàìáëåÿ NGO Ñóïîëüíàñüöü Äðàíiêi Õàðòûÿ ÂßÑÍÀ Ãàñïàäàð Êóðñ áåëàðóñêàå ìîâû Ïðàâàï³ñ Áåëàðóñêàÿ ìîâà ¢ ²íòýðíýò ArfaBel Áåëàðóñû ¢ ²çðà³ë³ Äç³ìà Çàâàäçê³ Áåëàðóñû ¢ À¢ñòðàë³³ ˳ðà Âîëüíû Êðàé ZBM

 

 
Małgorzata Moroz, Krynica. Ideologia i przywódcy białoruskiego katolicyzmu

KRYNICA
Ideologia i przywódcy białoruskiego katolicyzmu

Małgorzata Moroz

Rozdział 3
„Krynica” w państwie polskim do sierpnia 1925

24 marca 1922 r. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej podjął uchwałę o inkorporacji Wileńszczyzny do Polski. Wydarzenie to kończyło kilkuletni proces formowania się wschodniej granicy państwa. Z byłej rosyjskiej struktury administracyjnej po stronie polskiej pozostała cała gubernia grodzieńska. W granicach Rzeczypospolitej, względnie Litwy, znalazła się gubernia wileńska oprócz wschodnich części powiatu Dzisna i Wilejka. Z guberni mińskiej włączono do Polski powiaty Pińsk, Nowogródek, zachodnią część powiatu mińskiego i słuckiego1. Na terytorium państwa polskiego w jego północno—wschodniej części utworzono województwa: białostockie, nowogródzkie i poleskie, a z obszaru byłej Litwy Środkowej tzw. wileński okręg administracyjny, który 6 kwietnia 1922 r. przeszedł pod administrację Rzeczypospolitej. Wileńskim okręgiem administracyjnym zarządzał delegat rządu, posiadający uprawnienia wojewody. Dopiero 22 grudnia 1925 r. w miejsce wileńskiego okręgu administracyjnego powołano województwo wileńskie2.

Nowe podziały polityczne naruszyły dotychczasową zgodność struktur administracyjnych ze strukturami kościelnymi. Do I wojny światowej terytorium diecezji wileńskiej dokładnie pokrywało się z granicami guberni wileńskiej i grodzieńskiej. Od 1920 r. część diecezji wileńskiej (54 północno—Zachodnie parafie z 230 tysiącami wiernych) znalazła się na stałe w Republice Litewskiej. Pozostała część diecezji weszła w skład państwa polskiego3.

Włączenie Wileńszczyzny do Polski stało się faktem. Specjalne uroczystości w Wilnie, które miały symbolicznie wprowadzić w życie ustawę z 6 kwietnia 1922 r., zaplanowano na 18 kwietnia tegoż roku. Przewidywano obecność Naczelnika Państwa Marszałka Józefa Piłsudskiego i premiera rządu Antoniego Ponikowskiego4. Nowa sytuacja polityczna zmuszała białoruskich działaczy do zajęcia stanowiska w tej sprawie.

Przed uroczystościami przejęcia przez rząd polski władzy nad ziemiami Litwy Środkowej, wśród ugrupowań białoruskich toczyła się ożywiona dyskusja, czy należy w owych uroczystościach wziąć udział. Na posiedzeniu Komisji Politycznej BKN zadecydowano, że w aktach państwowych noszących wyraźnie uroczysty charakter (nabożeństwa, powitania, itd.) Białorusini brać udziału nie powinni. Postanowiono natomiast wysłać oficjalną delegację dla przedłożenia polskim władzom swoich postulatów, zwłaszcza o charakterze kulturalno—oświatowym5.

Rezerwa Białorusinów w stosunku do uroczystości wileńskich była kontynuacją linii politycznej, jaką przyjął Komitet Polityczny BKN w stosunku do wyborów do Sejmu w Wilnie i do całości polityki polskiej od chwili przyłączenia Litwy Środkowej do Polski. Ustosunkowując się negatywnie do tego przyłączenia, lecz jednocześnie wysyłając delegatów na spotkanie z przedstawicielami rządu polskiego, działacze białoruscy zamierzali podkreślić uznanie nowej władzy.

W skład delegacji weszli prezes BKN Fabian Jaremicz, Bronisław Taraszkiewicz — prezes Rady Szkolnej, Michał Kochanowicz — dyrektor gimnazjum białoruskiego i Antoni Nekandatrepka — członek Komitetu Rady Szkolnej. Wymienieni delegaci wzięli udział w raucie, byli przyjęci jako jedna z delegacji przez Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego, przyjął też ich na oddzielnej audiencji prezes Rady Ministrów Antoni Ponikowski, a prezes BKN Fabian Jaremicz uczestniczył także w wydanym przez premiera śniadaniu.

Przemówienia białoruskich delegatów nacechowane były goryczą i obawami, że stosunki polsko—białoruskie nie układają się w myśl życzeń Białorusinów. F. Jaremicz podkreślił fakt, iż rząd polski przejął nie tylko prawa, ale i obowiązki wynikające z posiadania części ziem białoruskich, że ludność białoruska w zamian za lojalne wywiązywanie się z obowiązków jako polskich obywateli, ma prawo oczekiwać od państwa polskiego zaspokojenia jej potrzeb kulturalno—oświatowych i ekonomicznych. B. Taraszkiewicz przemawiając w sprawach szkolnictwa wysunął dezyderaty utworzenia przez Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego specjalnego urzędu dla spraw białoruskich, udzielenia subsydium dla gimnazjum w Wilnie, założenia seminarium nauczycielskiego, pomocy w tworzeniu powszechnych szkół białoruskich. A. Nekandatrepka mówił o nadużyciach administracji, która swą „nietolerancją narodowościową i religijną wzbudza na ziemiach wschodnich nowy dysydentyzm”6.

W nowej sytuacji Komisja Polityczna BKN za najważniejsze sprawy uznała opracowanie formuły przejścia BKN do pracy na gruncie państwowości polskiej oraz opracowanie programu akcji wyborczej do Sejmu Warszawskiego, bowiem tym razem, w myśl zasady, że nieobecni nie mają racji, zdecydowano się na udział w wyborach przewidzianych na listopad 1922 r. Prace Komitetu miały na celu objęcie jak najszerszych mas wyborców. Dla wciągnięcia także prawosławnych Białorusinów nawiązano współpracę z duchowieństwem prawosławnym. Tym tłumaczył się udział w Komisji Politycznej BKN Wiaczesława Bohdanowicza, dyrektora seminarium prawosławnego w Wilnie, który dotychczas w pracach politycznych nie uczestniczył.

Na początku maja 1922 roku prezes BKN Fabian Jaremicz udzielił wywiadu przedstawicielowi Agencji Wschodniej7. W rozmowie F. Jaremicz podkreślił, że po wcieleniu Wileńszczyzny do Polski Białorusini oczekują na dalsze posunięcia rządu. Według prezesa BKN postulaty białoruskie sprowadzały się do uregulowania trzech zasadniczych kwestii: 1) sprawy rozwoju kulturalnego (w tym szkolnictwa); 2) spraw administracyjnych; 3) problemów ekonomicznych. Nadmienił, że w razie usunięcia bolączek i stosowania w życiu zasad Konstytucji Marcowej, Polska może liczyć na całkowitą lojalność Białorusinów. W stosunku do hipotetycznej autonomii ziemi wileńskiej F. Jaremicz jako reprezentant BKN nie zajmował żadnego stanowiska.

Powyższy wywiad wywołał ostrą polemikę w łonie BKN. Podczas dyskusji zarysowały się różnice w politycznych zapatrywaniach poszczególnych ugrupowań białoruskich. Niektórzy członkowie BKN uznali, że w swych ugodowych oświadczeniach F. Jaremicz posunął się za daleko i że jego postawa w stosunku do państwa polskiego jest nazbyt lojalistyczna. Najgwałtowniej atakował F. Jaremicza ks. Adam Stankiewicz. Do rozłamu jednak nie doszło ze względu na bliski okres przedwyborczy do Sejmu. Pomimo kompromisowego załatwienia sprawy różnica zdań pogłębiała się, co w końcu zmusiło F. Jaremicza do ustąpienia z funkcji prezesa BKN. Nowym prezesem został Antoni Łuckiewicz, a jego zastępcą ks. A. Stankiewicz8.

W nowym składzie BKN na posiedzeniu w dniu 28 maja 1922 roku powziął uchwałę, w której jednoznacznie oświadczył, że wszelka działalność i każde wystąpienie polityczne organizacji białoruskich winny mieć na celu wizję niepodzielnej i niezależnej Białorusi oraz że BKN w Wilnie stawia sobie za zadanie wszechstronną obronę praw ludności białoruskiej znajdującej się pod władzą państwa polskiego, posługując się przy tym wszelkimi środkami prawnymi, jakie dopuszcza Konstytucja Rzeczypospolitej9.

Z powyższej rezolucji wynikało, że BKN w Wilnie wyraźnie dystansował się od poczynań polskiej administracji. Przyczyn owej rezerwy było kilka: 1) brak uregulowania sytuacji politycznej Wileńszczyzny w kontekście międzynarodowym, 2) brak przychylnych kroków ze strony rządu polskiego w stosunku do białoruskiego ruchu narodowego i trudności w osiągnięciu koncesji dla białoruskiego szkolnictwa, 3) projekt ordynacji wyborczej do Sejmu, który nie zadowalał aspiracji Białorusinów.

Mimo to aktywny udział w wyborach do Sejmu stał się dla białoruskich działaczy w 1922 r. priorytetowym zadaniem, do którego należało przygotować białoruską społeczność wyborczą. Istotnym elementem przedwyborczej akcji propagandowej miała być agitacja poprzez prasę białoruską. Ponowiono zatem próbę reaktywowania „Krynicy”, znanego już tytułu prasowego, który jednak od prawie roku nie ukazywał się na rynku wydawniczym.

W sierpniu 1922 r. do wydziału prasowego przy Delegaturze Ziemi Wileńskiej wpłynęło podanie o zezwolenie na wydawanie w języku białoruskim tygodnika „Krynica”. Tym razem wnioskodawcą i osobą deklarującą podjęcia się funkcji redaktorskiej był Władysław Znamierowski (U˘. Znamierou˘ski), absolwent szkoły handlowej w Wilnie. Znamierowski informował, iż wznowiona „Krynica” będzie „gazetą ludową, stojącą ściśle na gruncie państwowości polskiej”. Redakcja czasopisma, które miało być wydawane czcionką łacińską, znajdowała się w Wilnie przy ul. Subocz 2 m. 2, w tym samym budynku, co drukarnia „Druk”. Cenę jednego egzemplarza wyliczono na 100 marek polskich10.

W. Znamierowskiemu miała przypaść funkcja redaktora i wydawcy czasopisma. Programowym kierownikiem redakcji, tak jak i wcześniej, pozostawał ks. A. Stankiewicz.

3 września 1922 r. ukazał się pierwszy numer wznowionej „Krynicy”. Znamienne, że poprzedni podtytuł, dość wyraźnie określający reprezentowany nurt polityczny — „Biełaruskaja Chryścijanskademokratynaja Hazeta” (Białoruska Chrześcijańsko—demokratyczna Gazeta) — zamieniono na ogólnie brzmiący „Sialanskaja Hazeta” („Chłopska Gazeta” czy też „Włościańska Gazeta”). W świetle informacji zamieszczonych w artykule redakcyjnym takie posunięcie wydaje się w pełni zrozumiałe. Oznajmiano bowiem czytelnikom o utworzeniu, w związku ze zbliżającymi się wyborami, 38—osobowego Białoruskiego Centralnego Komitetu Wyborczego w Wilnie, który reprezentował koalicję białoruskich partii politycznych i stowarzyszeń społecznych (w pracach Komitetu uczestniczyło aż 12 osób związanych z białoruskim nurtem chrześcijańsko—demokratycznym)11. Zatem w sytuacji stworzenia ponadpartyjnego ogólnobiałoruskiego frontu wyborczego ewentualne akcentowanie w podtytule „Krynicy” preferencji politycznych grupy osób bezpośrednio związanych z redakcją, mogłoby niepotrzebnie rozproszyć białoruski elektorat.

Problematyka wyborcza dominowała w kolejnych wydaniach tygodnika. Informowano o utworzeniu wyborczego bloku mniejszości narodowych w Polsce (oprócz mniejszości litewskiej), ponawiano apele o oddanie głosów na białoruską listę nr 16. Podkreślano, że lista białoruska reprezentuje Białorusinów obu wyznań: katolików i prawosławnych. Przedwyborcza agitacja „Krynicy” skierowana była także do Polaków, Rosjan i Żydów, których publicyści tygodnika określali mianem grup mniejszościowych w stosunku do dominujących liczebnie — ich zdaniem — Białorusinów. Jako argument wysuwano twierdzenie, że Polacy ubiegający się o miejsce w parlamencie z innych list w ramach północnowchodnich okręgów wyborczych, jako przyszli posłowie nie będą autentycznymi reprezentantami interesów ludności ziem białoruskich, że bliższe im będą sprawy regionów zamieszkałych przez polską większość. Twierdzono, że tylko poseł wywodzący się z tych ziem będzie skutecznie zabiegał o interesy jej mieszkańców, bez względu na ich narodowość i przynależność religijną. Podnoszono kwestie szkolnictwa, sprawy podatkowe, problem obsady urzędów samorządowych. Stale przewijającym się tematem było zagadnienie reformy rolnej. Ostrzegano czytelników przed planami kolonizacji Białorusi przez partie polskie — tak prawicowe, jak i lewicowe, wskazując zwłaszcza na dość popularne wśród chłopstwa PSL—Wyzwolenie. Stawiając na łamach gazety pytanie „Chto našy worahi?” („Kim są nasi wrogowie?”), odpowiadano: „Narodowi Demokraci, Związek Ludowo—Narodowy, Związek Kresowy” oraz wymieniano prawicową prasę: „Gazetę Warszawską”, „Rzeczpospolitą”, „Nowe Życie”, „Dziennik Wileński”, „Gazetę Wileńską”, „Głos Wileński”.

Autorami publikacji byli głównie księża: A. Stankiewicz, W. Tołoczko, W. Godlewski, D. Aniśko12.

Białoruscy kandydaci startujący w wyborach z listy nr 16 w bloku mniejszości narodowych 5 listopada 1922 roku odnieśli sukces. Do parlamentu weszło w sumie 11 białoruskich posłów i 3 senatorów, reprezentujących różne opcje polityczne, ale tworzących jeden wspólny Białoruski Klub Sejmowy13.

Spośród białoruskich chrześcijańskich demokratów o mandat poselski ubiegał się (z powodzeniem) ks. A. Stankiewicz14. Jego okręg wyborczy obejmował Dzisnę, Postawy, Brasław i Święciany, a więc tereny, gdzie białoruska chadecja już od kilku lat miała pewne wpływy. Kandydowanie osoby duchownej mogło dojść do skutku tylko za zgodą władz kościelnych. Taką zgodę ks. A. Stankiewicz otrzymał 14 sierpnia 1922 r. od ówczesnego biskupa wileńskiego ks. Jerzego Matulewicza15. Jednak sytuacja księży białoruskich w łonie samego kościoła była nie mniej trudna od skomplikowanych stosunków z administracją państwową.

Dla białoruskiego ruchu o chrześcijańsko—demokratycznej proweniencji, równie istotne, jak zmiany granic i powstawanie nowych organizmów politycznych, były relacje z wyższą hierarchią duchowną, a raczej jej stosunek — przyzwalający bądź negatywny — do kwestii białoruskiego odrodzenia. Walka polityczna lat 1918—1921 dotykała bowiem i obszaru Kościoła.

Ks. W. Godlewski poświęcił temu zagadnieniu artykuł p.t. „Niezależność Białorusi a Kościół katolicki”16. Doceniając wsparcie duchowieństwa katolickiego — jak pisał — „(...)w procesie odrodzenia wszystkich narodów słowiańskich, które należą do wielkiej rodziny katolickiej (Czechów, Słowaków, Chorwatów, Słoweńców, Ukraińców)”, w odniesieniu do Białorusinów stwierdzał: „Kościół nie tylko w teorii okazał swoją życzliwość naszemu odrodzeniu, ale i w praktyce. Biskup Denisewicz i arcybiskup Ropp odważnie zaprotestowali przeciw niekorzystnemu zjawisku, jakim była groźba rozpłynięcia się białoruskiego narodu wśród sąsiednich nacji. Wraz z nimi (...) pracowała dla narodu grupa księży Białorusinów. Z diecezji wileńskiej byli to księża: Godlewski, Stankiewicz, Cikoto, Piotrowski, Piekarski, Szutowicz, Szołkiewicz, Romejko i inni, a z mohylewskiej księża: Abrantowicz, Łupinowicz, Niemancewicz, Chomicz, Matwiejczyk, Astramowicz, Lisowski, Chwiećko, nieboszczyk Budźko i inni. Z powodu swoich narodowych przekonań, musieli wiele wycierpieć od otumanionego przez księży endeków ludu. Także i obecnie szowinistycznie nastawione polskie duchowieństwo wywiera duży nacisk (...)”. Jako przykład duchownych o antybiałoruskim nastawieniu publicysta wymieniał ks. Karola Lubiańca, inspektora Wileńskiego Seminarium Duchownego oraz ks. Stanisława Maciejewicza17, który zbulwersował białoruskich działaczy wydaną w 1921 r. książką „Prawa parafian w kościołach katolickich na Kresach”. W opinii redakcji „Krynicy” głównym celem oddziaływań Kościoła, według ks. Maciejewicza, miało być uczynienie Białorusinów katolików Polakami18. Białoruskie aspiracje traktowane były przez większość duchowieństwa diecezji jako zamach na uświęcony tradycją historyczną polski charakter wyznania rzymskokatolickiego na ziemiach litewsko—białoruskich.

Życzliwie ustosunkowany do sprawy białoruskiej biskup ks. E. Ropp 2 grudnia 1917 r. został powołany na stanowisko metropolity mohylewskiego19. Do czasu wyznaczenia nowego ordynariusza diecezji wileńskiej zarządzał nią wywodzący się z lokalnego duchowieństwa polskiego prałat ks. Jan Hanusewicz. Miejscowe władze kościelne nie podzielały aprobaty ks. E. Roppa dla idei głoszenia kazań w języku białoruskim. Po jego odejściu z diecezji białoruskie duchowieństwo katolickie spotkały za to szykany. Wzmiankowany już prawie roczny pobyt ks. Adama Stankiewicza w Drohiczynie (od jesieni 1918 r. do sierpnia 1919 r.) on sam traktował jako krzywdzącą karę wymierzoną za probiałoruską aktywność, nazywając ów okres „zesłaniem”. Powrót do Wilna zawdzięczał osobie nowego biskupa wileńskiego ks. Jerzego Matulewicza.

Ks. Jerzy Matulewicz był Litwinem (Jurgis Matulaitis lub Matulevičius). 23 października 1918 r. został mianowany biskupem wileńskim20, ale diecezję objął dopiero 8 grudnia. Stało się to za zgodą okupacyjnych władz niemieckich (które były przeciwne powrotowi dotychczasowego biskupa ks. E. Roppa do Wilna, stąd jego nominacja na metropolitę mohylewskiego) i litewskiej Taryby21. W liście z 27 czerwca 1925 r., skierowanym do papieża Piusa XI, okoliczności swojego mianowania wspominał następująco: „Kiedy Niemcy okupowali te tereny, położenie niemal wszystkich narodowości było jednakowe. Polacy żądali ode mnie wtedy tylko tego, bym jednakowo traktował wszystkich, i mówili, że choć Litwin, jestem sprawiedliwy dla wszystkich”22. Chociaż kandydatura ks. J. Matulewicza uzyskała poparcie biskupów polskich23, to sytuacja, iż nominacja zapadła z przyzwolenia Niemców i Litwinów, rzutowała w przyszłości niekorzystnie na stosunek do nowego biskupa części księży24 i społeczeństwa polskiego.

Jak pisze T. Górski, powołując się na obszerne fragmenty prowadzonego przez ks. Matulewicza dziennika25, podstawową zasadą, która miała przyświecać rządom nowego biskupa w diecezji wileńskiej, było twierdzenie, że jest biskupem katolickim dla wszystkich narodowości, wszystkie uważa za równe i wszystkim jednakowo będzie starał się służyć. W dniu ingresu chciał podkreślić ową zasadę, pragnąc zwrócić się do wszystkich narodowości diecezji w ich ojczystych językach. Szczególnie zależało mu na tym, aby Białorusini, których traktowano marginalnie, odczuli, że jest także ich biskupem. Dlatego pragnął, aby probulla odczytana została także po białorusku. Przygotowano mu też w tym języku krótkie kazanie, jednak nie zostało ono wygłoszone. Kapituła wileńska, która była gospodarzem uroczystości, pomimo wielokrotnych próśb biskupa, była zdecydowanie przeciwna jego zamiarom. Biskup, nie chcąc wywoływać skandalu, musiał pogodzić się z jej negatywnym stanowiskiem26. Na uroczystym bankiecie wydanym przez władze litewskie 12 grudnia 1918 r. na cześć nowego ordynariusza diecezji, z przemówieniem w imieniu księży Białorusinów wystąpił ks. Władysław Tołoczko. Życząc długich lat szczęśliwej pracy zwrócił się do nowego biskupa z prośbą o opiekę i pomoc w zaspokajaniu religijnych, kulturalnych i narodowych potrzeb ludności białoruskiej27.

Kwestia białoruskiego odrodzenia narodowego nie była dla ks. J. Matulewicza zupełnie nowa. Z jego przejawami zetknął się już wcześniej, gdy w Petersburgu w latach 1907—1911 wykładał socjologię i teologię w Katolickiej Akademii Duchownej28. Teraz, z chwilą objęcia diecezji, mógł mieć wpływ na jego dalszy przebieg, zwłaszcza w sferze religijnej.

Z notatek poczynionych przez ks. Matulewicza w dzienniku wynika, że pomimo nacisków ze strony polskich księży dominujących w składzie kapituły wileńskiej i dążących do pomniejszenia problemu białoruskiego, biskup powoli kształtował swój pogląd na sprawy narodowościowe w powierzonej mu diecezji. Sprzyjały temu zwłaszcza bezpośrednie kontakty z wiernymi i niższym duchowieństwem.

W swoim dzienniku pod datą 27 lutego 1919 r. zrelacjonował rozmowę z ks. Michałem Żukiem, wikariuszem z Lebiedziewa: „Pytał się [ks. M. Żuk], czy może uczyć dzieci po białorusku, gdyż inaczej nie rozumieją. Pytał się dlatego, że dawniej takie rzeczy były zabronione. Księży, którzy ośmielili się uczyć dzieci po białorusku karano, przenoszono na polskie parafie. Pytał się również, czy może uczyć po białorusku w szkołach. Odpowiedziałem, że tak. Nie rozumiem jak można inaczej robić. Pytał się wreszcie, czy może i kazania głosić po białorusku. Zostawiam to twojej roztropności, odpowiedziałem. Uważaj, żeby nie było przez to zamieszania w kościele i żeby Polacy mieli co potrzeba. Przy spowiedzi wszyscy spowiadają się po białorusku. Trzeba raz wreszcie tę sprawę białoruskiego języka załatwić. Sprawy te nie są brane po katolicku”29.

13 marca tegoż roku odnotował wizytę trzyosobowej delegacji z Idołty w powiecie dziśnieńskim w sprawie utworzenia przy miejscowej kaplicy parafii. W czasie rozmowy zorientował się, że wierni z trudem posługują się polszczyzną. Zaproponował więc, aby mówili w języku, którego używają na co dzień. Ich reakcja była następująca: „Ludzie stali się jak gdyby nie ci sami, nawet ich oblicza rozjaśniły się. Stali się rozmowni, weseli, odważni. Wypytywałem się o ich kłopoty i biedy. Dowiedziałem się, że ks. Bobicz uczy ich katechizmu po białorusku, a kazania mówi jedno po polsku, drugie po białorusku. Zapytałem ich jak wam lepiej, jak lepiej rozumiecie? „Viedoma to po prostamu”. Oczywiście, że po białorusku. Powiedziałem im, żeby się nie wstydzili swojego języka, ponieważ on również pochodzi od Boga, tak jak rosyjski, polski i litewski. (...) A mnie tutaj księża starali się za wszelką cenę wmówić, że Białorusini doskonale rozumieją po polsku, że oni w żaden sposób nie chcą, ażebym do nich mówił po białorusku ”30.

Kilka dni później, 17 marca, ks. Matulewicz ponownie mógł skonfrontować zasłyszane opinie z rzeczywistością. W czasie rozmowy z klerykiem Aleksandrem Hanusewiczem, który przez kilka lat przebywał w parafii w Holszanach, dowiedział się o problemach w katechizacji dzieci, mówiących na co dzień po białorusku. „A więc tak — konkludował biskup w dzienniku — a mnie dziekan Oszmiany mówił, że to czysto polska parafia”31. Nic więc dziwnego, że w liście z 16 kwietnia 1919 r., skierowanym do wizytatora papieskiego A. Rattiego, donosił: „W wolnym czasie uczę się języka białoruskiego, którym mówi większość ludu”32.

Powyższe doświadczenia oraz osobiste wizytacje parafii sprawiły, że w biskup J. Matulewicz wyrobił własny punkt widzenia na sprawy narodowości zamieszkujących diecezję, co wyraził m.in. w sprawozdaniu dla Rzymu z 2 kwietnia 1923 r., pisząc o stanie diecezji, iż: „(...) nie można podać pewnych liczb. Z jednej bowiem strony ci, którzy sporządzają statystyki, w zależności od celów, które zamierzają osiągnąć, podają różne dane o tej samej rzeczywistości, z drugiej tu i ówdzie zdarzało się, że sam lud, który jest niewykształcony, zapytywany o narodowość, w zależności od różnych okoliczności, a nawet z obawy grożącego mu zła albo w nadziei spodziewanego dobra, podawał różne narodowości jako swoje”33. Jak podkreśla T. Górski, w opinii biskupa, zawartej w piśmie z 1 listopada 1921 r. do nuncjusza L. Laurego i powtórzonej w liście do kardynała P. Gasparriego z 22 kwietnia 1924 r., Białorusini stanowili większość mieszkańców diecezji34.

Latem 1919 r. do biskupa wileńskiego wpłynął memoriał przygotowany przez obradującą w dniach 8—9 czerwca tegoż roku Białoruską Centralną Radę Wileńszczyzny i Grodzieńszczyzny, w którym domagano się wprowadzenia w Wileńskim Seminarium Duchownym języka białoruskiego, powołania biskupa sufragana dla wiernych narodowości białoruskiej, wprowadzenia do składu kapituły wileńskiej księży Białorusinów w liczbie odpowiadającej proporcjonalnie ilości wiernych narodowości białoruskiej w diecezji oraz prawa do głoszenia kazań w parafiach także w języku białoruskim.

Pomimo niechętnej postawy polskiego duchowieństwa, jeszcze w 1919 r. biskup Matulewicz postanowił unormować status języka białoruskiego w diecezji. 28 czerwca wydał okólnik, w którym zatwierdzał sytuację zastaną, czyli fakt używania języka białoruskiego przez księży białoruskich w czasie kazań, uznany za konsekwencję zaleceń swojego poprzednika ks. E. Roppa. Jednocześnie zabronił dokonywać jakichkolwiek dalszych zmian. Natomiast na zebraniu dziekanów, które odbyło się w dniach 19—20 sierpnia 1919 r., podjęto decyzję o nauczaniu dzieci katechizmu w zrozumiałym dla nich języku, a więc m.in. także i w białoruskim35.

Powyższe postanowienia nasiliły konflikty między księżmi Polakami i Białorusinami. Ks. Józef Hermanowicz, proboszcz parafii łopienickiej (pow. wołkowyski), relacjonował, iż reakcją na kazania wygłoszone w miejscowym kościele 27 lipca i 3 sierpnia 1919 r. przez ks. Konstantego Stepowicza (znanego też jako poeta Kazimir Swajak) w języku białoruskim był bojkot jego osoby i parafii przez okoliczne polskie duchowieństwo z miejscowym dziekanem ks. N. Tarasewiczem na czele36. Ks. Michał Piotrowski, proboszcz parafii Boruny, w sierpniu 1919 r. otrzymał od dziekana oszmiańskiego ks. Cz. Górskiego list, w którym m.in. mógł przeczytać: „Proszę posłuchać mojej przyjacielskiej rady: ani rozmawiać po białorusku z ludem, a tym bardziej kazań po białorusku miewać nie radzę, bo lud rozumie po polsku i o to nie prosi (...) Nie radzę, bo już wszystkie władze są zaalarmowane postępowaniem ks. proboszcza, oburzenie powstało ogromne. Policja śle skargi i ksiądz proboszcz może mocno pocierpieć. Ostrzegam i nie radzę.”37. List o podobnej treści dziekan oszmiański ks. Cz. Górski przesłał wówczas także do proboszcza w Czudzieniszkach, zaznaczając w nim: „Tylko dzieciom w czasie katechizacji, jeżeli nie rozumieją dobrze, można wytłumaczyć katechizm po białorusku.”38. Proboszcz w Ławryszkach, ks. Jan Siemaszkiewicz, nawet nie zdążył wygłosić kazania w języku białoruskim, bowiem grupa parafian zagroziła mu z tego powodu awanturą. Jak później okazało się, parafianie owi zostali podburzeni przez dawnego proboszcza parafii, ks. Gruździa, który dowiedziawszy się o zapowiedzianym kazaniu w języku białoruskim, począł straszyć ludzi, iż „Białorusini są mariawitami i chcą wprowadzić do kościoła prawosławie”39. Reakcją na powyższe zachowania ze strony polskiego duchowieństwa był przepojony goryczą wiersz ks. J. Siemaszkiewicza, który opublikowano na łamach „Krynicy” w 1920 r. p.t.: „Da maich dau˘niejšych pryjacielau˘ Palakou˘” („Do moich byłych przyjaciół Polaków”)40:

Niemal od samego początku sprawowania godności biskupa wileńskiego, ks. J. Matulewicz stał się centralną postacią konfliktów narodowościowych, jakie miały miejsce w powierzonej mu diecezji, w tym konfliktu polsko—białoruskiego. Piastowany urząd kościelny wymuszał na nim przyjmowanie kłopotliwej roli arbitra w sporach toczących się między wiernymi. Trudną sytuację biskupa J. Matulewicza nuncjusz A. Ratti komentował następująco: „(...) do niedawna bp Matulewicz był dla wszystkich idealnym biskupem dla Wilna (...), obecnie, kiedy Wilno jest w rękach Polaków, wszyscy sobie przypomnieli, że bp Matulewicz jest narodowości litewskiej. Spostrzegli, że stanowi rzeczywiste i poważne niebezpieczeństwo dla polskości (...), dokonał już wiele czynów, a inne przygotowuje, na korzyść Litwinów, a nawet Białorusinów, a na oczywistą szkodę Polaków. (...) rozpuszczono pogłoskę, mającą posmak skandalu, że przyjechał [do Warszawy], aby wraz z wizytatorem ukartować nominację sufragana Białorusina (zbrodnia wobec Polaków), choć było powszechnie wiadomo, że nie było kogo wybrać spośród katolickiego kleru białoruskiego. Kapłani, którzy się podają za Białorusinów są, jak dotąd, bardzo nieliczni i całkiem młodzi, inni zaś są Polakami albo wolą za nich uchodzić”41.

Zapiski w dzienniku biskupa świadczą, że rozumiał racje przedstawiane przez białoruskich katolików, ale był też zmuszony liczyć się z głosem przeważającej w Wilnie polskiej społeczności i popierającego ją duchowieństwa. Chociaż starał się łagodzić sytuacje konfliktowe, to częstokroć nie udawało mu się uniknąć przykrego położenia. Tak było np. z próbami świętowania przez białoruskie duchowieństwo w latach 1920 i 1921 rocznicy obwieszczenia Białoruskiej Republiki Ludowej przypadającej na 25 marca. Ówczesna atmosfera Wilna nie sprzyjała publicznemu obchodzeniu tych ważnych dla Białorusinów świąt. W 1920 r. biskup odmówił białoruskiej delegacji prawa do wygłoszenia w czasie planowanych uroczystości kazania w języku białoruskim. Motywował swoją decyzję obawami przed wzburzeniem polskiej ludności. Białorusini zastosowali się wówczas do życzeń biskupa. Jednak w 1921 r. ks. Adam Stankiewicz samowolnie wygłosił w kościele bonifratrów kazanie w języku białoruskim i zaintonował pieśń religijną. Konsekwencje spadły na biskupa wileńskiego. Prasa oskarżała go o „białoruszczenie” Kościoła. 31 marca 1921 r. księża kapitulni Ł. Chalecki i K. Michalkiewicz poinformowali biskupa J. Matulewicza o krążących po mieście nieprzychylnych dla jego osoby pogłoskach. Ks. Matulewicz wyraził wówczas zdziwienie z faktu, że „(...) gdy w innych krajach, takich jak USA, Szwajcaria czy Niemcy biskupi starają się, by dla każdej grupy narodowościowej odbywało się nabożeństwo w jej języku, to w Wilnie innych narodowości i innych języków poza polskim się nie uznaje, a wprowadzanie języka białoruskiego do świątyni traktuje się jako odciąganie katolików od Kościoła lub ściślej mówiąc od polskości”. Ks. Michalkiewicz, powołując się na niezdrową atmosferę panującą w mieście, prosił biskupa o wstrzymanie się z ustępstwami na rzecz języka białoruskiego w kościele, na co słyszał w odpowiedzi, że „(...) przyjdzie czas, kiedy trzeba będzie to uczynić i zadowolić słuszne żądania wszystkich”. W podobnym duchu biskup J. Matulewicz odpowiedział interweniującemu prałatowi Bajko, który przybył na rozmowę jako reprezentant grupy polskich duchownych: „(...) to prawda, że jeszcze nie czas wprowadzić do kościoła język białoruski, zwłaszcza nie byłoby to roztropne czynić teraz, w takich czasach i okolicznościach, lecz w przyszłości jest to nieuniknione. Wszystkie narody domagają się swoich praw, żądają ich również i Białorusini. Ich odrodzenia nic nie zatrzyma”42.

Potwierdzeniem tej opinii były ponawiane co raz postulaty księży Białorusinów, dotyczące uwzględnienia w organizacji i życiu Kościoła spraw białoruskich katolików. Podczas pobytu w Wilnie w 1920 r. nuncjusza Achille Rattiego (późniejszego papieża Piusa XI), delegacja reprezentantów białoruskich organizacji, w skład której wchodził m.in. ks. A. Stankiewicz, zwróciła się z prośbą o wstawiennictwo w staraniach o uzyskanie w Wilnie kościoła na potrzeby religijne białoruskich katolików43. Otrzymano jedynie obietnicę przyjrzenia się tej sprawie.

W dniach 12—13 lipca 1921 r. odbył się w Wilnie zjazd białoruskiego duchowieństwa katolickiego, którego organizatorami byli księża Ildefons Bobicz, Władysław Tołoczko i Adam Stankiewicz. Oprócz części referatowej poświęconej problemom religijnym, postanowiono zająć się sprawami organizacyjnymi białoruskich księży. Zrodziła się wówczas idea powołania do życia stowarzyszenia skupiającego księży Białorusinów, jednakże władze administracyjne miasta odmówiły legalizacji statutu organizacji bez prawa odwoływania się od tej decyzji44.

Uczestnicy zjazdu ponownie zwrócili się do ks. biskupa J. Matulewicza z życzeniem wprowadzenia w Wileńskim Seminarium Duchownym języka białoruskiego. Postulat ten powtórzono następnie w memoriale białoruskich organizacji skierowanym do nuncjatury w Warszawie. Oprócz tego memoriał zawierał żądania przekazania oddzielnego kościoła w Wilnie na potrzeby religijne białoruskich katolików, uznania prawa do głoszenia kazań w języku białoruskim w parafiach zamieszkałych w większości przez ludność białoruską oraz powołania odrębnego biskupa sufragana dla Białorusinów45. Oczekiwano też powołania w Rzymie urzędu Ripresentanza Biancarussa presso da Santa Sede (Przedstawicielstwa Białoruskiego przy Św. Stolicy), na wzór już istniejących: ukraińskiego, litewskiego i łotewskiego46. Powyższe postulaty pozostały bez echa. Jedynie życzenie posiadania oddzielnego kościoła doczekało się połowicznego rozwiązania. W porozumieniu z biskupem Matulewiczem, zwrócono się z prośbą do litewskiego proboszcza kościoła św. Mikołaja, ks. Jazukiewicza, aby wyraził zgodę na odprawianie nabożeństw przez Białorusinów katolików w powierzonej mu świątyni. Zgodę uzyskano i pierwsze białoruskie nabożeństwo odbyło się na Wszystkich Świętych 1921 r.47.

Tymczasem w opinii władz tak znaczna aktywność Białorusinów była efektem cichego wspierania ich przez ordynariusza diecezji wileńskiej. W poufnych dokumentach skierowanych do Delegata Rządu RP w Wilnie odnotowano, iż „(...) działalność biskupa wileńskiego Matulewicza, który systematycznie i celowo obsadza parafie księżmi Litwinami, a na terytorium, gdzie Litwinów wcale nie ma — Białorusinami, w celu szkodliwego dla zadań państwowości polskiej oddziaływania na ludność” to „szkodliwy dla państwowości polskiej objaw”48. Do Watykanu została skierowana na biskupa J. Matulewicza skarga, w której zarzucano mu, że m.in. przyzwala na wydawanie w swojej diecezji „Krynicy”, „czasopisma białoruskiego kleru katolickiego wydawanego w duchu niezgodnym z etyką katolicką, krytykującego w sposób niedopuszczalny kościelną hierarchię, wzbudzającego nienawiść do polskiego narodu, państwa i rządu, podsycającego społeczne antagonizmy oraz sympatyzującego z bolszewizmem”49.

Życzliwa postawa biskupa wileńskiego wobec białoruskiego duchowieństwa i wiernych była po części uwarunkowana religijnymi planami, jakie wobec ich prawosławnych pobratymców miała Stolica Apostolska.

Kościół rzymskokatolicki stale podejmował wysiłki, mające na celu przyłączenie Kościołów ortodoksyjnych. Koniec I wojny światowej, upadek carskiego samodzierżawia w Rosji oraz chaos polityczny, jaki zapanował na jej obszarze, czyniły dla Watykanu „schizmatycki” Wschód Europy ważnym terenem akcji misyjnej, której forpocztę mogły stanowić wschodnie tereny niegdysiejszej Rzeczypospolitej. W kwietniu 1918 roku jako Wizytator Apostolski Królestwa Polskiego i Litwy przybył wysłannik papieża Benedykta XV, Achille Ratti, który na konferencji biskupów Królestwa i Galicji zwołanej w dniach 20 i 21 czerwca poinformował, iż papież „(...) widzi Polskę w roli przedmurza chrześcijaństwa, skąd powinny promieniować zasady katolicyzmu na schizmatyków”50. Jednym z głównych celów misji A. Rattiego było — w porozumieniu z ówczesnymi władzami okupacyjnymi — uporządkowanie spraw religijnych w Polsce i na obszarach ukraińskich i białoruskich, które uciskane były od lat przez rządy carskie. Uporządkowanie to miało polegać na reaktywowaniu diecezji wcześniej rozwiązanych przez carat (m.in. mińskiej) oraz nowej obsadzie biskupstw wschodnich. Z punktu widzenia planów misyjnych, ważne było, kto obejmie biskupstwa. I tak, jak już wspominano, w grudniu 1917 roku na metropolitę mohylewskiego został powołany ks. Edward Ropp, w lipcu 1918 roku diecezję mińską objął ks. Zygmunt Łoziński, a w październiku 1918 roku na ordynariusza diecezji wileńskiej powołano ks. Jerzego Matulewicza51.

Swój stosunek do kwestii białoruskiej w powierzonej sobie diecezji biskup J. Matulewicz wyraził jasno w rozmowie z młodym białoruskim duchownym, ks. Andrzejem Cikoto. W dzienniku, pod datą 27 lutego 1919 r., zanotował: „Powiedziałem, że ruchowi odrodzenia Białorusinów nie tylko nie będę się przeciwstawiał, ale nawet będę go popierał, żeby nie zszedł na złe tory... Dodałem, że mnie nie obchodzą narodowości, lecz że ja będę wspierał ich pracę z następujących przyczyn: 1) Widzę, że lud białoruski jest ciemny, nie zna katechizmu, nie umie się spowiadać. Najlepiej tych rzeczy nauczy się, jeśli będzie pouczony w swoim rodzinnym języku. 2) Białorusini odradzają się, odżywają, podnoszą się i jeśli księża i katolicy świeccy nie skierują tego ruchu na właściwe tory, to oni wypaczą się i pójdą przeciwko Kościołowi. 3) Zadaniem Kościoła nie jest uczyć języków, ale w zrozumiałym dla ludu języku uczyć tego, co jest potrzebne do zbawienia. 4) Białorusini po uświadomieniu się będą później obwiniać Kościół, gdyby on starał się ich wynaradawiać. Nam muszą leżeć na sercu również i Białorusini prawosławni i ci, którzy byli unitami. Do nich możemy zbliżyć się głosząc im słowo boże tylko w języku białoruskim. To właśnie powinni uważać za swój obowiązek i powołanie księża Białorusini”52.

Jednakże w unijnych planach Watykanu nie dostrzegano białoruskiego czy ukraińskiego problemu narodowego — koncentrowano się na perspektywie pracy misyjnej wśród Rosjan53. Umocnienie się w Rosji władzy bolszewików spowodowało prawie zamarcie życia religijnego. W takiej sytuacji praca na rzecz unii stała się możliwa tylko w Polsce, w skład której w wyniku traktatu ryskiego weszła część ziem białoruskich i ukraińskich z kilkumilionową prawosławną ludnością. Tereny te mogły służyć jako obszar doświadczalny dla przyszłej działalności misyjnej w Rosji.

Jednak w 1919 r. perspektywa ponownej unii katolicyzmu i prawosławia na ziemiach białoruskich wydała się białoruskim działaczom narodowym o orientacji chrześcijańsko—demokratycznej ogromną szansą, którą należało koniecznie wykorzystać. Absolwentom Petersburskiej Katolickiej Akademii Duchownej idea ta nie była obca. Jej źródeł można szukać w przesłaniu, jakie znalazło się w korespondencji Alojzy Paszkiewicz—Kairys, białoruskiej poetki, która w latach 1906—1907 przebywała w galicyjskim Lwowie. W tym okresie, w jednym z listów skierowanych do prof. Bronisława Epimacha—Szypiły do Petersburga, napisała: „Teraz mieszkam we Lwowie, przyjaźnię się z Ukraińcamirusinami i unitami... Wkrótce wyślę na Pana adres książki o unii dla akademików—duchownych. Niechże Pan, szanowny profesorze, ujmie się przed nimi chociaż w kilku słowach za unią... Dla Białorusinów unia byłaby mocną podporą, bo duchowieństwo łacińskie u nas na nic”54.

Już od chwili rozpoczęcia wydawania „Krynicy” w Wilnie w sierpniu 1919 r., na łamach czasopisma pojawiła się oddzielna rubryka tematyczna zatytułowana „Kutok ab unii” („Kącik o unii”), zamieniona następnie na „Słou˘ca ab unii” („Słówko o unii”). Publikowano w niej artykuły informujące o historii ruchu unijnego oraz postulujące potrzebę lepszego poznania Kościoła Wschodniego przed ponownym zjednoczeniem55. Entuzjazm, z jakim odnoszono się do tej problematyki, oprócz kontekstu religijnego, miał jeszcze inną przyczynę. Najdobitniej wyraził to na łamach „Krynicy” publikujący pod pseudonimem „Ad. Saładuch” ks. W. Tołoczko. W artykule zatytułowanym „Čamu jany zabylisia ab unii?” („Dlaczego zapomniano o unii ?”) pisał m.in.: „Unia, jako jedność, zgoda, porozumienie Cerkwi i Kościoła, wzmocniłaby naród białoruski, unia nie pozwoliłaby wygrywać nawzajem Białorusinów katolików i prawosławnych, unia przypomniała by naszemu narodowi jego unijną przeszłość, i w końcu, unia byłaby oskarżeniem wobec tych wszystkich Białorusinów, którzy spolszczyli się lub zmoskwiczeli, sądząc, że katolik to Polak, a prawosławny — Moskal”56. Jak widać publicystom białoruskiej „Krynicy” nowa unia jawiła się jako ważny czynnik narodowotwórczy.

Jednak dość szybko uświadomiono sobie, że unijne plany wyższej hierarchii duchownej nie są do końca zbieżne z celami księży Białorusinów. Jeszcze wczesną jesienią 1919 r. ks. A. Stankiewicz otrzymał od biskupa mińskiego, ks. Zygmunta Łozińskiego, propozycję objęcia posady profesora w Mińskim Seminarium Duchownym (przypomnijmy, że jego rektorem był wówczas Białorusin ks. F. Abrantowicz) oraz przeniesienia redakcji „Krynicy” z Wilna do Mińska, w celu dalszego wydawania czasopisma w ścisłym kontakcie z kurią. Motywowano to chęcią utrzymania roli Mińska jako centrum białoruskiego. O tym, że ks. A. Stankiewicz bliski był przyjęcia tej propozycji, świadczy informacja zamieszczona w „Krynicy” w połowie września 1919 r.: „W Mińsku, do przyjścia bolszewików, dość dobrze rozwijała się Złučnaść Chryścijanskaj Demakracyi. Przy bolszewikach praca ta spowolniła się. W tej chwili także jest w zastoju. Dotąd Złučnaść nie ma nawet swojej gazety. Chodzą słuchy, że redakcja wileńskiej „Krynicy” zbiera się przejechać do Mińska”57. Wpływ na powyższą decyzję mogła mieć pozytywna wówczas ocena osoby biskupa mińskiego, ks. Z. Łozińskiego. Białoruskim działaczom znany był fakt odprawienia przez biskupa w dniu 6 grudnia 1918 r., w katedrze mińskiej, mszy w języku białoruskim58.

Do przeniesienia redakcji „Krynicy” z Wilna do Mińska jednak nie doszło. Wkrótce wyjaśniły się intencje przyświecające temu postulatowi. Jak pisze ks. A. Stankiewicz, jesienią 1919 r. w czasie uroczystości otwarcia w Wilnie Uniwersytetu Stefana Batorego, doszło do rozmowy między nim a przybyłym z Mińska biskupem Łozińskim. Okazało się, że „Krynica”, która wówczas drukowana była alfabetem łacińskim i nastawiona wyłącznie na pracę narodową wśród Białorusinów katolików w celu pogłębienia ich życia religijnego, w Mińsku miała wziąć kurs na prawosławie i, porzuciwszy ideę narodową, służyć wyłącznie idei cerkiewnokościelnej unii. Uzasadnienie przytoczone przez biskupa Łozińskiego było następujące: „Wśród ludności katolickiej (...) «Krynica» nie ma nic do roboty, bo katolików — rzecz jasna — nie ma potrzeby nawracać na katolicyzm, a także nie ma potrzeby, a nawet nie należy krzewić wśród nich białoruskiej idei narodowej, bo przecież przywykli oni do polskości i Polacy słusznie owo przyzwyczajenie mogą uważać «za swój kulturalny dorobek»” 59. Słysząc taką argumentację ks. A. Stankiewicz zadecydował o pozostawieniu redakcji czasopisma w Wilnie.

Jednak temat unii nie zniknął z łamów „Krynicy”. W zamieszczanych publikacjach nadal podkreślano, iż unia religijna miałaby znaczenie integrujące, łącząc białoruskich katolików i prawosławnych „jedną wiarą w jeden naród”60. Upowszechniano świadomość wspólnoty pochodzenia Białorusinów katolików i prawosławnych, podkreślano, że bez względu na wiarę są oni „dziećmi jednej tej samej Matki Białorusi”61. Przestrzegano przed polonizującym wpływem Kościoła62. Autorzy publikacji uważali, że „pierwszym ziarnem”, które mogłoby „posiać unię”, byłby fakt wprowadzenia języka białoruskiego do kościołów i cerkwi63. Przywiązywano dużą wagę do lepszego poznania Kościoła Wschodniego i jego obyczajów, próbując przy tym obalać mity ukazujące prawosławie w niekorzystnym świetle. Przykładem publicystyki o tej tematyce była polemika autorstwa ks. W. Godlewskiego zatytułowana „Jeszcze o tym, jak endecy rozumieją naszą pracę na rzecz unii”. Ks. W. Godlewski zarzucał dziennikarzowi grodzieńskiego „Nowego Życia”, iż ten, publikując tekst „Co wstrzymuje prawosławnych od powrotu do wiary ich ojców”, wykazał się zupełną ignorancją dotyczącą spraw religijnych — tak katolickich jak i prawosławnych. Na jeden z zarzutów, iż „prawosławni nie mają prawidłowego rozumienia Boga”, ks. W. Godlewski odpowiadał: „Już dawno interesowaliśmy się różnicami między wyznaniem katolickim i prawosławnym, czytaliśmy religijne książki, jednak nigdy nie sformułowalibyśmy takiego zarzutu. Nauka prawosławnej Cerkwi o Bogu, Jego Trzech Osobach, Jego przymiotach (...), poza sformułowaniem dotyczącym pochodzenia Ducha Świętego «i od Syna», jest taka sama, jak w katolickim katechizmie. Po cóż więc wymyślać jakieś nowe różnice, jakby mało było tych, które już są, i kto jest zainteresowany jeszcze większym pogłębieniem przepaści między obydwoma wyznaniami?”. Stwierdzenie, iż „prawosławie pobłaża niedoskonałości ludzkiej natury” komentował: „Prawosławie, jako takie, zupełnie nie pobłaża słabościom człowieka, a wręcz odwrotnie, ze wschodnim rygoryzmem nakazuje zdecydowanie zmagać się z nimi”. Jako złośliwe przekręcanie faktów określał stwierdzenie, iż: „Wymagania wobec wiernych w prawosławnej Cerkwi są niewielkie: trochę postu, trochę pokłonów, odrobinę świec — i to wszystko...”. Polemizował: „To nieprawda. Wszyscy dobrze wiedzą, (...), że Cerkiew prawosławna ma więcej postów niż Kościół katolicki, liturgia trwa tam dłużej, świec stawia się także więcej, więcej czyni się pokłonów itd.”64.

Akcja neounijna w Polsce rozpoczęła się dopiero jesienią 1923 roku. Wówczas to biskup podlaski Henryk Przeździecki przedstawił w Stolicy Apostolskiej plan pracy, w którym proponował włączyć do niej m.in. Towarzystwo Jezusowe. 10 grudnia 1923 r. biskup Przeździecki otrzymał z Watykanu instrukcję (Zelum Amplitudinis) Kongregacji Kościoła Wschodniego, a 21 stycznia 1924 r. pełnomocnictwo do tworzenia pod własną jurysdykcją nowego obrządku. Nie tylko wierni, lecz i duchowni tego obrządku mieli mu być podporządkowani. W kwietniu 1925 roku takież pełnomocnictwo otrzymali biskupi: wileński, miński (piński), łucki i lubelski. Powołano do życia wschodnią gałąź jezuitów. Pod względem organizacyjnym akcją unijną kierowała początkowo Kongregacja Kościoła Wschodniego, ale w 1925 roku została powołana specjalna komisja „Pro Russia”, na czele której stanął biskup M. d’Herbigny65.

Prounijna działalność biskupa J. Matulewicza w diecezji wileńskiej wyprzedzała oficjalną zgodę Stolicy Apostolskiej. Nie mając jeszcze pozwolenia na organizowanie parafii wschodniego obrządku, począł tworzyć struktury zakonne, które w niedalekiej przyszłości mogłyby przyczynić się do ich powstawania i rozwoju. Jednym z pierwszych posunięć ks. Matulewicza w biskupstwie wileńskim był zamysł powołania białoruskiego klasztoru oo. marianów, zgromadzenia zakonnego, które reaktywował i do którego należał sam biskup Matulewicz. W tym celu już 27 lutego 1919 roku przyjął na audiencji młodego białoruskiego duchownego, absolwenta Akademii Petersburskiej, ks. Andrzeja Cikoto i zaproponował mu organizację klasztoru. Jak wiemy, w czasie spotkania bp Matulewicz zapewnił ks. Cikotę o sprzyjaniu białoruskiemu ruchowi odrodzeniowemu 66.

J. Turonek pisze, że białoruski klasztor oo. marianów miał w przyszłości przygotowywać duchownych do prowadzenia pracy misyjnej na rzecz unii wśród prawosławnych Białorusinów. Ks. Cikoto wyraził zgodę na propozycję biskupa. We wrześniu 1920 r., po zlikwidowaniu przez władze sowieckie mińskiego seminarium, wstąpił do zakonu marianów w Mariampolu. Po rocznym nowicjacie, jesienią 1921 r. o. Cikoto wyjechał do Stanów Zjednoczonych Ameryki w celu zebrania funduszy na planowany klasztor. Tymczasem papież Pius XI reskryptami z 23 lipca i 10 sierpnia 1923 r. zezwolił na utworzenie w Drui w pow. brasławskim klasztoru oraz przekazał na ten cel miejscowy kościół i parafię. Papieski akt fundacyjny ustanawiał, że celem działalności drujskich marianów jest odnowienie starego klasztornego budynku, założenie szkoły i nowicjatu dla Białorusinów — kandydatów na zakonników, którzy w przyszłości będą prowadzili działalność misyjną wśród prawosławnych Białorusinów67.

Według ustaleń J. Turonka w połowie 1923 r. do Drui przybył o. Cikoto. 23 kwietnia 1924 r. odbyło się przejęcie od miejscowego parocha parafii, kościoła i dóbr ziemskich68. W 1924 r. przybyli jako kolejni: oo. Józef Hermanowicz i Kazimierz Smulko, w 1925 r. — o. Józef Daszuta, a w 1926 r. — o. Fabian Abrantowicz. Do oo. marianów dołączył też wcześniejszy wikary drujskiego parocha o. Witalis Chamionek. Zapełniał się i nowicjat: w 1924 r. było już 9 młodych Białorusinów, którzy przygotowywali się do wstąpienia do zakonu marianów69. W pierwszym roku skoncentrowano się na odnowieniu i rozbudowie starych budynków klasztornych, odremontowaniu kościoła, zadbaniu o 60—hektarowy folwark klasztorny. Przy tym zajmowano się miejscową parafią liczącą kilka tysięcy wiernych70.

Ważną sferą działalności drujskich marianów była edukacja młodzieży. Już w 1923 r. powstało tu polskie gimnazjum koedukacyjne im. Króla Stefana Batorego, którego prefektem był do grudnia 1926 r. Józef Daszuta, a następnie po jego wyjeździe na dalsze studia do Rzymu ks. F. Abrantowicz. Od sierpnia 1928 r. do 1938 r. gimnazjum, przez całe dziesięciolecie, kierował superior klasztoru o. Cikoto71. W latach 1924—1928 oo. marianie założyli w Drui także Kasę Stefczyka, a z religijnych stowarzyszeń Sodalicję Mariańską, Oddział Stowarzyszenia Św. Wincentego a Paolo oraz Bractwo Trzeciego Zakonu Św. Franciszka72. W lipcu 1925 r. superior klasztoru o. A. Cikoto zwrócił się do biskupa J. Matulewicza o zatwierdzenie organizacji kazań w drujskim kościele parafialnym, informując: „(...) od dłuższego już czasu ustalił się następujący porządek kazań: 1° Po mszy uczniowskiej o g. 9 rano kazanie dla dziatwy szkolnej po polsku; 2° W czasie sumy kazanie po polsku; 3° W czasie Nieszporów, nabożeństw majowych, czerwcowych, październikowych — kazanie po białorusku; 4° Podczas festów, czterdziestogodzinnego nabożeństwa i rekolekcji kazania są mawiane na przemian po polsku i białorusku; 5° Wsie parafii drujskiej mają zwyczaj odprawiać nabożeństwa majowe i czerwcowe u siebie pod krzyżami; na te nabożeństwa często zapraszają księży; w takich wypadkach przemówienia najczęściej są w języku białoruskim. Uprasza się Ekscelencję o zatwierdzenie tego porządku kazań”, na co biskup J. Matulewicz odpowiedział: „(...) by uwzględniać z prawdziwą życzliwością potrzeby duchowe wszystkich wiernych Rzeczypospolitej Polskiej bez różnicy narodowości porządek przedstawiony zatwierdzamy. Wilno dnia 7 lipca 1925 r.”73

Drujski klasztor oo. marianów nie był jedyną powołaną do m.in. celów unijnych instytucją kościelną w diecezji wileńskiej. 23 kwietnia 1924 r., z pomocą o. A. Cikoto, biskup J. Matulewicz powołał w Wilnie białoruską Kongregację Sióstr Eucharystek wschodniego obrządku dla akcji misyjnej wśród młodzieży prawosławnej. Wreszcie 26 września 1924 r. zezwolił ojcom jezuitom założyć w Albertynie pod Słonimem Wschodnią Misję z nowicjatem, a kilka miesięcy później zwrócił ojcom bazylianom kościół w Torokaniach na Polesiu74.

Działalność biskupa Matulewicza wywołała niezadowolenie polskich władz, które uważały, że cele unijne Kościoła katolickiego nie zawsze są zgodne z postulatami politycznymi państwa polskiego na wschodnich obszarach Rzeczypospolitej. Dążyły do tego, aby jak najszybciej wypracować nowy model stosunków z Cerkwią prawosławną, która, z uwagi na tradycyjne posłuszeństwo wobec władzy państwowej, mogła zostać wykorzystana jako dogodny instrument polskiej polityki na Kresach. Przyczyną niepokoju polskich władz była już sama perspektywa unarodowienia wschodniego obrządku, jego białorutenizacja, a nie chciano powtarzać sytuacji jaka zaistniała w obrządku grekokatolickim, który zaczęto utożsamiać z ukraińskością75.

Redakcja „Krynicy”, zainteresowana powodzeniem akcji neounijnej, starała się na bieżąco w krótkich komunikatach informować o działaniach podejmowanych przez biskupa J. Matulewicza, co nie zyskiwało jej sympatii ze strony władz politycznych i czynników kościelnych.

Samo czasopismo wciąż borykało się z trudnościami natury finansowej. Starano się utrzymać 8—stronicową objętość tygodnika w formacie A—4, jednak stawało się to coraz trudniejsze. Rosnąca inflacja wpływała niekorzystnie na stabilność finansową „Krynicy”. W maju 1923 r. cena jednego egzemplarza czasopisma wzrosła sześciokrotnie w stosunku do ceny z sierpnia 1922 r. i wynosiła 600 marek, a już w listopadzie 1923 r. galopująca hiperinflacja wywindowała ją na 30 tysięcy marek polskich! Powyższe kwoty były po części pochodną cenowych skoków kosztów papieru i druku, więc nic dziwnego, że co kilka miesięcy ukazywały się przy tytułowej winiecie nazwy coraz to innych wileńskich drukarni: „Motus”, „Pax” czy Wydawnictwa B. Kleckina. Perturbacje finansowe przekładały się też na mniejszą częstotliwość i nieregularne wydawanie czasopisma. W 1923 r. ukazało się tylko 16 numerów.

Groźba zaprzestania wydawania „Krynicy” wynikała nie tylko z bezpośredniego wpływu problemów gospodarczych Polski na jej stan finansowy, ale także z krytycznych komentarzy prasowych zamieszczanych wówczas na jej łamach. Zła sytuacja kraju przyczyniła się do narastania fali ruchu rewolucyjnego, a to nie mogło ujść uwadze białoruskich działaczy.

Rok 1923 przyniósł szczególne rozczarowanie dla sprawy białoruskiej. 15 marca doszło do zatwierdzenia przez Konferencję Ambasadorów granic traktatu ryskiego. Państwo polskie zyskało wszelkie prawa do przyznanego mu obszaru, otrzymując na to sankcję cieszącego się najwyższym autorytetem organu międzynarodowego76. Do tego momentu wileńscy Białorusini mieli cichą nadzieję na powstanie nowego układu stosunków politycznych na wschodzie i możliwość wysunięcia sprawy białoruskiej na forum międzynarodowym. Docierały pogłoski o tajnych rozmowach prowadzonych między Niemcami i przedstawicielami Sowietów z jednej, a Litwinami i białoruskim rządem W. Łastowskiego z drugiej strony77. Po 15 marca 1923 r. powyższe przypuszczenia stały się mało realne. Przesilenie rządowe w połowie 1923 r. ponownie rozbudziło nadzieje na zmiany. Od września ożywił się wileński Białoruski Komitet Narodowy. Na posiedzeniach prezydium podkreślano, iż głównym celem Komitetu jest konsolidowanie białoruskiego społeczeństwa wokół BKN, organizowanie wszelkich sił białoruskich dla wspólnej pracy kulturalnej i oświatowej, walka o szkołę narodową. W spotkaniach uczestniczyli też posłowie należący do Białoruskiego Klubu Sejmowego. Na zebraniu plenarnym, które odbyło się 30 września 1923 r. sprawozdanie z pracy posłów białoruskich w sejmie złożył Bronisław Taraszkiewicz, krytycznie naświetlając stosunek rządu i sejmowej większości do białoruskich projektów dotyczących autonomii dla Białorusinów78. Wzrastające w kraju z tygodnia na tydzień napięcie polityczne udzielało się też białoruskim działaczom w Wilnie. Na październikowym zebraniu prezydium BKN jego uczestnicy mówili już o prawdopodobieństwie wybuchu rewolucji, a A. Łuckiewicz wzywał do konsolidacji sił, aby być przygotowanymi do osiągnięcia w sprzyjającym momencie celu, do którego Białorusini dążą79. Można przypuszczać, iż pod tym enigmatycznym sformułowaniem należało rozumieć niezależne państwo białoruskie.

Uczestnikami prac BKN byli ks. A. Stankiewicz i W. Znamierowski, redaktor wydawca „Krynicy”, która stała się trybuną informującą o działalności Komitetu. Zaangażowanie się „Krynicy” w polityczną działalność spotkało się z ostrą krytyką jednego z jej pierwszych współpracowników, ks. W. Tołoczki. W artykule opublikowanym na łamach „Przeglądu Wileńskiego” w końcu września 1923 r., ks. Tołoczko zarzucał redakcji, a głównie ks. A. Stankiewiczowi, odejście od pierwotnie zakładanego charakteru tygodnika, który miał być „wybitnie katolickim pismem ludu białoruskiego”. Krytykował nadmierny radykalizm prezentowanych materiałów, małe zainteresowanie białoruskim ruchem chrześcijańsko—demokratycznym na rzecz liczniej występujących publikacji politycznospołecznych. Zdaniem ks. W. Tołoczki owo odchodzenie od początkowych założeń linii programowej „Krynicy” manifestowało się częstymi zmianami jej podtytułu. Jako konsekwencję wprowadzonych zmian wymieniał m.in. zaprzestanie współpracy z czasopismem księży I. Bobicza, K. Stepowicza oraz swoją rezygnację80. W obronie „Krynicy” stanął ks. K. Stepowicz, który w kolejnym wydaniu „Przegladu Wileńskiego” zaprzeczył, jakoby zerwał współpracę z redakcją. A na zarzut zmian w czasopiśmie odpowiadał: „Krynica” nigdy nie miała pretensji uchodzić za organ, zajmujący się specjalnie życiem religijnym katolików Białorusinów, miała zadanie szersze i może dlatego właśnie była i jest popularną, przełamywała trudności nie lada w ciągu lat siedmiu, stąd zmiana jej oblicza, a nawet pewnego rodzaju niestałość”81. Krytycznemu osądowi redakcji „Krynicy” przez ks. Władysława Tołoczkę wtórował ks. Ildefons Bobicz. Przyczynę niepokojących zmian w linii programowej czasopisma obaj upatrywali w radykalizacji poglądów ks. Adama Stankiewicza, który jakoby wywierał „niewłaściwy” wpływ także na innych księży Białorusinów. Ks. Tołoczko apelował do ks. Bobicza o to, aby — na ile to możliwe — pozyskiwał dla umiarkowanych poglądów tych duchownych (np. ks. J. Reszecia), którzy „mieli nieszczęście” znaleźć się w kręgu przyjaciół ks. Stankiewicza, na co ks. Bobicz odpowiadał: „Ksiądz Władysław przecenia moje wpływy na ks. Reszecia. Właśnie, że widywałem się z nim rzadko, zrozumiałem od razu, że ks. Stankiewicz ma większy u niego posłuch. Zostawmy wszystko czasowi — zmysł rzeczywistości rozwinięty i w nim, — jestem tego pewny, — bo to człowiek nieco innego, niż Adamka, pokroju”82. Wkrótce jednak rozczarował się co do prognoz wobec ks. Reszecia, czemu dał wyraz opisując ks. W Tołoczce w liście z 13 sierpnia 1923 r. przebieg wizyty grupy księży Białorusinów w jego parafii w Hermanowiczach: „(...) już w pierwszym dniu wyraźnie zaznaczyły się tarcia na gruncie narodowości. (...) powodem do tych tarć posłużyło świeże zajście w sąsiednich ze mną Łużkach, gdzie pewna grupa parafian wystąpiła przeciwko proboszczowi, a raczej ks. Reszeciowi, z powodu, że katechizacja odbywała się wyłącznie po białorusku i przemawiano także do dzieci po I Komunii Św. w kościele. Jak na Łużki, — miasteczko mające trochę inteligencji i dużo szlachty, — była to nowość cokolwiek ryzykowna. Toteż i skutki nie były miłe. Wszystko tam było spokojnie do chwili przyjazdu ks. Reszecia, a potem Adamki i jego kolegów sejmowych. Ja miałem nieszczęście być cokolwiek innego zdania co do celowości wyłącznie białoruskiej katechizacji i, jak wiadomo, nie bardzo jestem za narzucaniem białoruskości w kościele. (...) Powiedziano mi dużo nieprzyjemności w oczy, a jeden z gości — ks. Szutowicz — zachowywał się przez cały czas impertynencko, wreszcie przed konkluzją wyjechał bez pożegnania (...). Rozumiem, że między mną a agresorstwem wszczęła się ukryta walka i niechęć, ale iść za większością białoruską i naciągać Kościół do celów narodowościowych pomimo wszystko — nie mogę. (...) Ks. Reszeć i jego pobyt w naszych stronach stanowczo zaognił antagonizmy narodowościowe”83. Dwa tygodnie później opisywał kolejne zdarzenie, jakie miało miejsce w sąsiednim Zadrożu, parafii ks. Jakucia, który gościł ks. Hermanowicza: „Ks. Hermanowicz kazał [w kościele] poprawną białoruszczyzną; ludzie słuchali bardzo uważnie. Część wyszła, ale nie dla protestu, tylko dlatego, że ją zmusiło długie nabożeństwo. Protestował jeden Jacyna, miejscowy obywatel—łapserdak (...), który przed nieszporami pił na plebanii z całym tałatajstwem. Ten na początku kazania wyszedł z prezbiterium na kościół i mówiąc: „Hańba ! Wychodźcie, wychodźcie!” jął wypychać tłum i zapraszać do wyjścia, aż nim go któryś z włościan nie pchnął pod żebra, mówiąc: „Kali tabie hańba, dyk — wychadzi!”[„Jeśli tobie hańba, to wychodź!”]. (...) Tylko nazajutrz dwie patriotki—dziedziczki nieco za hałaśliwie opuściły swą ławę, skoro tylko na ambonie ukazał się ks. Jakuć.”84 Wyrażana przez ks. Bobicza na łamach „Przeglądu Wileńskiego” krytyka odnośnie wprowadzania języka białoruskiego do kościoła spotkała się z negatywnym odzewem wśród byłych przyjaciół i współpracowników duchownego. Pisał: „Najostrzej wystąpiła (...) Druja, — ks. Antoni [Zienkiewicz] i o. Andrzej [Cikoto]. W żywe oczy zarzucili mi tchórzostwo, wysługiwanie się endecji, karierowiczostwo. (...) Zauważyłem, że wśród Białorusinów nie ma ani jednego, który by poglądy moje podzielał. Jestem zupełnie odosobniony (...)”85. Wciąż jednak liczył na poparcie ks. Tołoczki, przypochlebiając się: „To, co Ks. Władysław pisze o pracy krytycznej co do ruchu Stankiewiczowskiego, przyjąłem z entuzjazmem. Wielki czas oświetlić ten ruch z właściwego punktu widzenia, a za taki uważam zalecany przez Ekscelencję i Ks. Władysława realizm. Pierwsze jaskółki tej pracy, jakie ukazały się w „Przeglądzie Wileńskim”, niejednemu, sądzę, otworzą oczy”86. Jednakże tak się nie stało, a ewolucja ideowa ks. I. Bobicza (m.in. „powrót do polskości i tradycji rodzinnych” po „zelotyźmie i neofityźmie narodowościowym podkreślanej niegdyś w Wilnie białoruskości”) spotkała się tym razem z ostrą krytyką nawet ks. Tołoczki, na co ks. Bobicz odpowiadał: „Czy myślę kategoriami endeckimi, tego nie wiem, gdyż nie mam pod ręką żadnego sprawdzianu. (...) Dowiaduję też po raz pierwszy, że niezadowolenie, wywołane w podwładnym bezczynnością i stronniczością przełożonego, przesuwa tego podwładnego od razu w szeregi endeków. Jeżeli endecją jest pragnienie księdza, ażeby jego biskup (...) nie pozwalał rozmaitym Sperskim, Songinom, Godlewskim i Szutowiczom na politykowanie w kościołach, to się piszę obiema rękami na taką endecję”87.

Zwyczajem wydawniczym „Krynicy” stało się publikowanie wystąpień sejmowych posłów białoruskich, krytycznie oceniających otaczającą rzeczywistość. Od 1923 r. czasopismo coraz odważniej podejmowało problem dążenia do niezależnego państwa białoruskiego88. W listopadzie 1923 r., gdy sytuacja we wschodnich województwach osiągnęła poziom rewolucyjnego wrzenia, z powodu publikowanych treści doszło do pierwszej konfiskaty gazety oraz aresztowania redaktora wydawcy W. Znamierowskiego, który został skazany na trzy miesiące aresztu89. 27 listopada 1923 r. obowiązki redaktora wydawcy „Krynicy” przejął Bronisław Turonek90.

Czasopismo w dalszym ciągu ukazywało się z napisem w podtytule „Tydniowaja Sialanskaja Hazeta” („Tygodniowa Włościańska Gazeta”). Z kronikarską starannością informowało o pracy posłów białoruskich nie tylko w Warszawie, ale i w terenie. Przebieg jednego ze spotkań z wyborcami ks. A. Stankiewicza w maju 1924 r., stał się przyczyną wszczęcia przeciwko niemu postępowania prokuratorskiego, które zostało jednak umorzone91. W dalszym ciągu dużą wagę przywiązywano do utrzymywania kontaktu z prowincją białoruską, publikując w każdym numerze w rubryce „Da nas pišuć” („Piszą do nas”) nadsyłaną z terenu korespondencję. Nowością była rubryka „Z biełaruskaha żyćcia” („Z życia białoruskiego”), która dzieliła się na dwie części: „Z Biełarusi pad Polščaj” („Z Białorusi pod Polską”) i „Z Radavoj Biełarusi” („Z Radzieckiej Białorusi”). Taki układ i sposób sformułowania podtytułów jednoznacznie sugerował brak akceptacji dla ówczesnego podziału politycznego ziem białoruskich. Jednak informacje tam zamieszczane były w miarę rzetelne i dalekie od tendencyjności. Podsumowując sytuację narodu białoruskiego za 1924 r., publicysta „Krynicy” stwierdzał: „Naród białoruski na wschodzie, pod rządami komunistów — nie patrząc na zależność od Moskwy i ucisk sumienia zrobił niemało: powstało tam sporo szkół białoruskich, a język białoruski uważany jest za urzędowy. (...) Białorusini w Polsce niczego nie uzyskali od władzy: ani szkół, ani ziemi.”92 Autor publikacji dostrzegał jednak pewien sukces. Był nim przedstawiony w Sejmie w lipcu 1924 r. projekt tzw. ustaw językowych, które dopuszczały w ograniczonym stopniu używanie języka białoruskiego, litewskiego i ukraińskiego w administracji, sądownictwie i szkołach93. Pomimo, że sejmowi przedstawiciele mniejszości narodowych uważali jego główne postanowienia za krzywdzące, a koncesje za zbyt nikłe i niepewne (szczególnie ostry sprzeciw wywoływała zasada utrakwizacji szkół oraz procedura swoistych plebiscytów rodziców, którzy mieli wypowiadać się za tym czy innym typem szkoły)94, to sam fakt pojawienia się takiej propozycji sejmowej w opinii publicysty nie mógł już przeczyć istnieniu narodu białoruskiego. W tym i w kolejnych wydaniach tygodnika informowano czytelników o zasadach powoływania szkół, mobilizując rodziców do działania w celu tworzenia oświaty białoruskiej95. W artykule p.t. „Krychu ab biełaruskaj škole” („Trochę o szkole białoruskiej”) z oburzeniem odnotowywano fakt skierowania białoruskich nauczycieli, którzy odbyli kurs pedagogiczny w Krakowie, do pracy w szkołach Polski centralnej. Konstatowano też, że pomimo nadesłania do Centralnej Białoruskiej Rady Szkolnej w Wilnie już ponad 100 podań w sprawie utworzenia szkoły, władze nie wyraziły jeszcze zgody na utworzenie choćby jednej placówki oświatowej96.

W rubryce „Z Radavoj Biełarusi” z coraz większym niepokojem pisano o dalszych przejawach ograniczania wolności sumienia. Odnotowano m.in. uchwałę podjętą na zjeździe nauczycieli białoruskich w Mińsku o zwalczaniu religii. Komentator „Krynicy” pisał: „(...) należy stwierdzić, że choć komuniści uważają religię — jak sami mówią — za opium, to ich antyreligijność i dzika mania walki z religią wydają się jeszcze większym otumanieniem. Czy białoruski komunista i białoruski nauczyciel nie mają bardziej wdzięcznej i pożytecznej (...) pracy, jak tylko zwalczanie religii?”97.

Powoli rewidowano też wcześniejsze opinie o postępującej w BSRR białorutenizacji. Konstatowano, iż urzędowość języka białoruskiego jest tylko formalna. W rzeczywistości radzieccy urzędnicy szydzą z niego i posługują się językiem rosyjskim. „Odezwanie się w szkole po białorusku wywołuje lawinę śmiechu i drwin, bo poprawna w rosyjskim „ňî÷—ęŕ” brzmi zabawnie jako białoruska „ęđîďęŕ” (...) Plakaty w urzędach podają informacje także w języku rosyjskim, a wystawienie i obejrzenie w teatrze spektaklu białoruskiego naraża na opinię nacjonalisty”98.

Społeczno—politycznej sytuacji Białorusinów w Polsce poświęcali publikacje Bronisław Turonek („M. Krušyna”) i ks. Wincenty Godlewski („S. K—i”). Z tego okresu na szczególną uwagę zasługuje artykuł „Ekanamičnaja nacyjanalnaść” ks. W. Godlewskiego. Autor publikacji stwierdzał, że w zasadniczej masie Białorusini są narodem chłopskim, chociaż jeszcze kilka lat wcześniej działaczami ruchu białoruskiego byli także ludzie o takich nazwiskach jak Roman Skirmunt, Wojniłowicz, Kostrowicka, a przez krótki czas nawet książę DruckiLubecki. Zdaniem autora ich odejście było związane z kwestią agrarną — radykalne postulaty reformy rolnej wysuwane przez chłopów białoruskich zniechęciły właścicieli ziemskich. Podział narodowościowy na ziemiach białoruskich dokonywał się, zdaniem W. Godlewskiego, według kryterium zamożności. Biedni deklarowali się jako Białorusini, bardziej zamożni jako Polacy. Zdarzało się — pisał publicysta — że zamożny prawosławny włościanin zapisywał swoje dziecko do polskiej szkoły, a biedni katolicy — do białoruskiej. Tak więc — konkludował — na ziemiach białoruskich istnieją dwie grupy: panów i kułaków, którzy uważają się za Polaków oraz biednych chłopów Białorusinów. Autor artykułu zauważał powstanie nowych stereotypów, pisząc: „Doszło do tego, że słowo „Białorusin” oznacza człowieka, który w nasze współczesne życie wnosi rewolucję (...) chce podziału ziemi bez wykupu, (...) chce równości wszystkich ludzi bez różnicy na wiarę i narodowość, (...) walczy z krzywdą i uciskiem pańskoszlacheckiego porządku. A Polak — to będzie obszarnik, pan, kapitalista, czynownik, Amerykaniec, szlachcic, słowem ci wszyscy, którzy z biedą i brakiem ziemi nie mają nic wspólnego”. Publikację kończył następujący wniosek: „U Białorusinów prawicy jako takiej nie ma — sama historia z przyczyn ekonomicznych uczyniła z białoruskiego narodu jakąś lewicową nację”99.

W innych artykułach padały oskarżenia o prowadzenie przez polskie władze programu wynaradawiania mniejszości narodowych, w tym i Białorusinów, w czym pomocne miały być policja, polityka osadnictwa wojskowego, polskie urzędy oraz polskie szkoły100. Odnotowywano zmianę nastrojów ludności z propolskich na antypolskie. Pisano także o wynaradawianiu Białorusinów w BSRR, gdzie zaprzestano procesu białorutenizacji na rzecz ponownej rusyfikacji101.

Do redakcji czasopisma nadchodziły z terenu sygnały o kłopotach, jakie zdarzały się prenumeratorom „Krynicy” z racji czytania tejże. W niektórych miejscowościach pow. słonimskiego policjanci straszyli subskrybentów, że są czytelnikami zakazanej przez władze gazety. Redakcja dementowała informacje o rzekomym zakazie102. Jeden z korespondentów napisał, że gdy w Rasłem w pow. święciańskim nauczycielka zobaczyła, iż jedno z dzieci przyniosło do szkoły „Krynicę”, zaczęła straszyć uczniów „że przyjdzie pop i je zabierze”103. Inny czytelnik, ze Świsłoczy w pow. wołkowyskim, podzielił się relacją z przeszukania domu przez policję. W trakcie rewizji znaleziono kilka numerów „Krynicy”. Policjanci przeglądali je i śmieli się, komentując: „Czego chcą ci Białorusini, do czego zdatna może być ich mowa — słyszeliśmy różne języki, na przykład: nasz polski, dalej niemiecki, rosyjski, ale takiego języka jak żyjemy, to nie słyszeliśmy!”104

Tymczasem redakcja niemal w każdym numerze zamieszczała apel do czytelników: „Świadomy Białorusin po przeczytaniu «Krynicy» nie niszczy jej, ale przekazuje innym do czytania lub sam czyta ją innym!”

Według stanu z początku 1925 r. „Krynicę” otrzymywało 870 subskrybentów, z tego w poszczególnych powiatach105: dziśnieński — 114, oszmiański — 104, święciański — 80, wileńskotrocki — 63, grodzieński — 61, duniłowicki — 53, nieświeski — 50, wołkowyski — 40, sokólski — 38, wilejski — 37, wołożyński — 35, białostocki — 30, lidzki — 30, słonimski — 28, prużański — 18, nowogródzki — 18, brasławski — 15, baranowicki — 16, piński — 14, łuniniecki — 13, stołpecki — 13.

10 lutego 1925 r. rząd polski zawarł konkordat ze Stolicą Apostolską, ratyfikowany przez parlament 18 lutego. Dokument ten — regulujący kościelne sprawy na obszarze Polski — zawierał niekorzystne dla białoruskich katolików rozwiązania. Artykuł XI umowy pozwalał władzom polskim, by uniemożliwiły powołanie biskupa Białorusina, ponieważ dawał Prezydentowi Polski prawo veta wobec kandydata z powodów politycznych106. Artykuł XIX wymagał od biskupów, aby przydzielając księżom probostwa konsultowali się wcześniej z odpowiednim ministrem w celu upewnienia się, czy działalność kandydata na proboszcza nie zagraża bezpieczeństwu państwa107. Artykuł XXIII mówił, że bez jednomyślnej zgody Konferencji Episkopatu nie może być przeprowadzona jakakolwiek zmiana języka używanego w kazaniach w diecezjach łacińskiego obrządku, dodatkowych nabożeństwach i wykładach innych, niż wykłady nauk świętych w seminariach108.

„Krynica” pisała, iż powyższe zapisy konkordatowe to „popieranie przez Ojca Świętego na tzw. Kresach Kościoła polskiego, a nie katolickiego!”, a treść art. XXIII oceniano jako szczególną krzywdę dla Białorusinów109. Przypuszczano, że od tej pory religijnokulturalne życie białoruskich katolików w Polsce stanie się jeszcze bardziej zależne od polskiej polityki, że zostanie przyspieszona polonizacja Białorusinów przez kościół110. 20 marca 1925 r. białoruskie duchowieństwo katolickie zwróciło się do Nuncjusza Apostolskiego w Warszawie z memoriałem w sprawie konkordatu. Postulowano: 1) ponownie rozpatrzenie niektórych artykułów konkordatu, zwłaszcza XXIII, 2) wydanie specjalnego dokumentu o używaniu języka białoruskiego w nauczaniu religijnym i dodatkowych nabożeństwach kościelnych na ziemiach białoruskich wschodzących w skład państwa polskiego, 3) wyznaczenie białoruskich biskupów w Pińsku, Wilnie i Łomży, 4) wprowadzenie w seminariach duchownych w Wilnie i Pińsku kursów białorusoznawczych w celu odpowiedniego przygotowania duszpasterzy do pracy wśród wiernych Białorusinów katolików, 5) wyznaczenie dla Białorusi Radzieckiej biskupa Białorusina111 .

Kolejny memoriał w sprawie ustępstw na rzecz wprowadzenia języka białoruskiego do kościołów księża białoruscy złożyli na rozpoczynającej się 19 maja 1925 r. Konferencji Episkopatu. Informowano w nim, że ogólna liczba Białorusinów katolików, których językiem ojczystym jest język białoruski, we wschodnich województwach Rzeczypospolitej Polskiej wynosi ponad milion. Zamieszkują oni następujące powiaty: dziśnieński, duniłowicki, wilejski, wołożyński (95% i więcej); wileński, lidzki, święciański, oszmiański (60—70%); grodzieński, wołkowyski, słonimski, brzeski, prużański, sokólski (do 90%); bielski i białostocki (do 50%); stołpecki, nieświeski, piński, łuniniecki, nowogródzki (do 90%). Postulowano, aby: 1) ustanowić w najbliższym czasie nauczanie języka białoruskiego, literatury i historii białoruskiej w seminariach duchownych w Wilnie i w Pińsku; 2) wprowadzić przepisy regulujące używanie języka białoruskiego w dodatkowych nabożeństwach w powiatach wymienionych w memoriale; 3) przy rozgraniczeniach i podziałach obecnych diecezji, leżących na obszarze województw wschodnich, zwrócić uwagę na przyłączenie terenów etnograficznie białoruskich, które graniczą z narodowością polską czy ukraińską, do etnograficznych centrów112. Pod dokumentem złożyło podpisy 15 duchownych: ks. Fabian Abrantowicz, prałat kapituły pińskiej, ks. dr Józef Reszeć, profesor Seminarium Duchownego w Wilnie, ks. Antoni Zienkiewicz, dziekan w Głębokim, ks. Wincenty Godlewski, proboszcz w Żodziszkach, ks. Andrzej Cikoto, proboszcz w Drui, ks. Franciszek Romejko, proboszcz w Zadorożu, ks. Adam Stankiewicz, poseł na Sejm, ks. Wiktor Szutowicz, proboszcz w Borodzieniczach, ks. Jan Siemaszkiewicz, proboszcz w Ławryszkach, ks. Konstanty Stepowicz, proboszcz w Zaświrze, ks. Michał Szałkiewicz, proboszcz w Trakielach, ks. W. Chamionek, wikary w Drui, ks. E. Oleszkiewicz, proboszcz w Udziale, ks. A. Augustynowicz, proboszcz w Dołhinowie i ks. dr Antoni Szyszka, proboszcz w Kroszynie. Memoriał był przedmiotem dyskusji biskupów. Przyjęto rezolucję głoszącą, że duchowe potrzeby wszystkich wiernych, bez względu na ich narodowość, należy uwzględniać z całą życzliwością i sprawiedliwością113. Jak bardzo szlachetne deklaracje odbiegały od praktyki dnia codziennego, pokazywał poprzedzający rezolucję biskupów, głośny w 1925 r. przypadek tzw. sprawy żodziskiej114.

Parafia żodziska w pow. święciańskim po zakończeniu działań zbrojnych pozostawała bez proboszcza. Z powodu bliskiego usytuowania przy linii frontu były to tereny szczególnie spustoszone przez wojnę. Tymczasem ludność parafii w kolejnych pismach kierowanych do kurii prosiła o naznaczenie proboszcza115. W 1921 r. ks. biskup J. Matulewicz zaproponował wakujące probostwo ks. W. Godlewskiemu, przybyłemu tylko co do Wilna z Nieświeża, w którym, po opuszczeniu Mińska w 1918 r., przez trzy lata pełnił funkcję rektora kościoła bernardyńskiego i prefekta miejscowego gimnazjum116.

Początkiem konfliktu było wprowadzenie przez ks. Godlewskiego w powierzonej mu parafii kazań w języku białoruskim. Po raz pierwszy zdarzyło się to 7 września 1924 r. W odpowiedzi niechętni językowi białoruskiemu (w tym miejscowe nauczycielstwo i urząd gminy) zebrali 304 podpisy i wysłali delegację do biskupa Matulewicza oraz delegata rządu Władysława Raczkiewicza z żądaniem usunięcia ks. Godlewskiego i języka białoruskiego. Także delegat rządu wystosował w tej sprawie pismo interwencyjne do biskupa, w którym m.in. krytykował proboszcza żodziskiego za antypolski charakter wystąpień i domagał się odpowiedniej reakcji. Kuria zażądała wyjaśnień od ks. Godlewskiego, natomiast biskup Matulewicz 11 listopada 1924 r. na marginesie pisma przesłanego przez Władysława Raczkiewicza odnotował: „(...) polecam i nakazuję ks. Godlewskiemu wprowadzić natychmiast kazania polskie do kościoła w Żodziszkach”117. Jak widać, nie było tu mowy o likwidacji kazań białoruskich, tylko o uwzględnianiu życzeń wiernych, domagających się kazań w języku polskim.

20 listopada do kurii diecezji wileńskiej wpłynął raport proboszcza parafii żodziskiej sygnowany datą 15 listopada 1924 r. Ks. Godlewski uzasadniał w nim wprowadzenie języka białoruskiego do kazań chęcią lepszego oddziaływania słowa bożego na wiernych w celu podniesienia ich poziomu moralnego, bowiem — jak pisał — „lud białoruski — zdziczały, zdemoralizowany wojną”. Przeczył, że jakoby głosił przy tym hasła antypaństwowe. Dalej, wyjaśniając swoje postępowanie pod względem prawnym, powoływał się na ustawy językowe z 31 lipca 1924 r., których praktyczne znaczenie objaśniał także białoruskim wiernym parafii. Odwoływał się do dokumentu wydanego 13 października 1906 r. przez papieskiego sekretarza stanu Merry del Val’a, w którym zwracano się do biskupów katolickich w państwie rosyjskim, aby wyrażali zgodę na wprowadzanie języków ludowych do kazań (nabożeństw dodatkowych) oraz powoływał się na pismo Stolicy Apostolskiej z 29 czerwca 1907 r., nakazujące, aby według życzenia mieszkańców używać w parafiach języka białoruskiego lub małorosyjskiego. Przytaczał też okólnik biskupa E. Roppa wydany przez niego w czasie wizytacji diecezji wileńskiej jesienią 1917 r.

Ks. Godlewski informował, że o ile pierwsze kazanie mogło być przyjęte przez niektórych wiernych z mieszanymi uczuciami, to większa frekwencja w kolejną niedzielę sugerowała, iż zmiana ta pozytywnie przyciągnęła ludzi do kościoła. Zwracał się więc z prośbą, aby ustalono liczbę osób niechętnych białoruskim kazaniom, a on na tej podstawie ustali harmonogram kazań polskich i białoruskich w parafii118.

Kazania białoruskie w Żodziszkach stały się dużą atrakcją i cieszyły się sporą frekwencją, podczas gdy na polskie pozostawało w kościele około 30 osób. Ks. Godlewski po kilku miesiącach wyciągnął stąd wniosek, że kazania polskie w każdą niedzielę są bezcelowe i w kolejnym raporcie z 26 lutego 1925 r. poprosił ordynariusza wileńskiego o ograniczenie ich tylko do większych świąt119.

W związku z tą prośbą 27 marca 1925 r. biskup J. Matulewicz powołał komisję, która miała zbadać, jaka jest proporcja języków używanych w parafii. W skład komisji weszli: dziekan ze Świra ks. Walerian Holak oraz proboszczowie ks. Stanisław Kuderewski z Daniuszewa i ks. Kazimierz Pawłowicz z Kobylnika120. Zapowiedziany na 26 kwietnia 1925 r. spis miał skandaliczny przebieg. Przybyli na spotkanie z komisją Polacy i Białorusini nawzajem oskarżali się o ściągnięcie swych rodaków z sąsiednich parafii. W zamieszaniu i napiętej atmosferze doszło do bójki. Interweniowała policja, używając jako straszaka karabinu maszynowego. W raporcie do biskupa wileńskiego komisja informowała, że według tego, co udało się jej ustalić, proporcje w parafii układają się następująco: 40% Polacy, 60% Białorusini. Komisja zaznaczała, że jej zdaniem parafia żodziska jest czysto katolicka, ludność nie tylko doskonale rozumie po polsku, ale i nawet dobrze mówi, a pozostawienie w kościele języka białoruskiego wcale nie wpływa na wyższe morale wiernych, lecz przeciwnie, tylko wzbudza wzajemną nienawiść, bo „(...) ks. Godlewski swoim samowolnym postępkiem wprowadził kłótnię w kościele, w którym od wieków był spokój i zgoda”. Na zakończenie członkowie komisji proponowali, aby na okres dwóch miesięcy wprowadzić kazania polskie w czasie sumy, a białoruskie po sumie, i po upływie tego czasu ponownie zorientować się we frekwencji ludności na jednym i drugim kazaniu121.

Ustaleniom komisji zaprzeczał ks. Godlewski w raporcie z 30 kwietnia 1925 r. Żodziski proboszcz twierdził, że komisja składająca się wyłącznie z polskich księży była stronnicza, a swym nieudolnym postępowaniem w czasie spisu wywołała zamieszanie, które zakończyło się awanturą. Ustalone przez komisję proporcje 40%—60% nie oddają prawdy, bowiem zdaniem ks. Godlewskiego Białorusini stanowili dużo więcej niż 60% mieszkańców parafii122.

Sprawa spisu wywołała oddźwięk u władz państwowych na wszystkich szczeblach, które odpowiedzialnością za zajścia w Żodziszkach usiłowały obarczyć także biskupa Matulewicza, uważając, że jego aprobata dla przeprowadzenia głosowania za wprowadzeniem nabożeństw w języku białoruskim w kościele żodziskim (tak bowiem interpretowano to zdarzenie) była próbą obejścia XXIII artykułu konkordatu, jeszcze przed uprawomocnieniem się tegoż dopiero w sierpniu 1925 r. (sugerowano, że moralnie konkordat powinien już obowiązywać biskupa Matulewicza), a wszystko to w celu wprowadzenia metodą faktów dokonanych języka białoruskiego do nabożeństw123. W odpowiedzi na powyższe zarzuty ks. biskup J. Matulewicz w piśmie z dnia 21 czerwca 1925 r. skierowanym do Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego wyjaśniał, że swoją decyzją, która dotyczyła jedynie ustalenia proporcji języków używanych w parafii żodziskiej, a nie organizowania plebiscytu, nie zamierzał nikogo stawiać w obliczu faktów dokonanych, bowiem te już zaistniały wcześniej (tzn. 7 września 1924 r.) niezależnie od niego. Wyrażał też zdziwienie, że w przypadku aktu prawnego, jakim był konkordat, oczekiwano od niego moralnego zobowiązania do stosowania go jeszcze przed jego wejściem w życie. Przypominał więc ministerstwu zasadę, że prawo nie działa wstecz. Wyrażając swój stosunek do kwestii białoruskiej pisał: „Życie nie stoi w miejscu, tu i ówdzie budzi się świadomość ludu białoruskiego i z tym faktem nie można się nie liczyć. Kazania białoruskie zostały wprowadzone w diecezji wileńskiej przez J. E. Arcybiskupa Roppa, który w swym orędziu do duchowieństwa z r. 1917 nawet nakazuje, by w parafiach białoruskich obok polskich kazań miewano i białoruskie. (...) Ja pod tym względem nie wydawałem żadnych rozporządzeń natury ogólnej i nie wprowadzałem żadnych zmian, starałem się tylko podtrzymać stan rzeczy, jaki zastałem. Jednak o ile życie wysunęło gdziekolwiek kwestię białoruską i zmuszało mnie do zajęcia się nią, nie mogłem jej inaczej traktować, jak tylko kierując się sprawiedliwością oraz względami na potrzeby i dobro dusz, gdyż jestem dla wszystkich bez wyjątku diecezjan pasterzem, dla którego według słów św. Pawła, nie powinno być ani Rzymianina, ani Greka, ani Żyda, ale wszyscy jedno w Chrystusie”124 .

Następnego dnia, 22 czerwca 1925 r., ks. W. Godlewski został aresztowany za treści głoszone w kazaniu wygłoszonym w kościele św. Mikołaja w Wilnie 25 marca 1925 r. w kolejną rocznicę utworzenia BRL. Zwolniono go za kaucją w wysokości 1000 złotych, a sprawę umorzono125.

Tzw. sprawa żodziska chyba do reszty utwierdziła ks. biskupa Jerzego Matulewicza w przekonaniu, że dla polskich czynników państwowych, z powodu swoich zapatrywań na kwestię narodowościową w diecezji, jest osobą niepożądaną w Wilnie. Przewidywał, że po zawarciu przez Polskę konkordatu ze Stolicą Apostolską i planowanym w nim podniesieniu stolicy biskupiej wileńskiej do rangi arcybiskupstwa, prezydent będzie chciał skorzystać z przysługującego mu w art. XI prawa veta i nie wyrazi zgody na mianowanie ks. Matulewicza arcybiskupem wileńskim i metropolitą. Taka sytuacja mogłaby spowodować nieporozumienia między rządem polskim a Stolicą Apostolską126. Chcąc tego uniknąć, 27 czerwca 1925 r. ks. J. Matulewicz zwrócił się w liście do papieża Piusa XI z prośbą o zwolnienie z urzędu ordynariusza wileńskiego. Pisał, że nieunormowana sytuacja polityczna między Polską i Litwą w sporze o Wileńszczyznę, stawia jego, Litwina, „(...) skażonego litewskością jakoby swego rodzaju grzechem pierworodnym” w szczególnie niezręcznej sytuacji, zwłaszcza, że — jak dalej pisał — „(...) Polacy stanowią na tych terenach klasę panującą, całe życie publiczne trzymają w swoich rękach i nim kierują”. Skarżył się, że jest zwalczany przez polskie narodowe partie polityczne, które usiłują przedstawiać go „(...) jako osobę znienawidzoną, stale i nieznużenie obrzucając (...) i zniesławiając różnymi fałszywymi zarzutami i oszczerczymi potwarzami”. Pisał: „Tyle już osiągnęli, że w opinii wielu jestem jakby jakiś potwór, który zieje tylko nienawiścią i żądzą zguby Polaków; toteż wielu nie tylko dziko na mnie patrzy, lecz nawet zaczynają mieć mnie za wroga narodu i Rzeczypospolitej Polskiej”. Zaznaczał, że atmosfera nagonki127, jakiej poddano jego osobę, podburzając przeciw niemu lud w diecezji, czyni go coraz bardziej skrępowanym w duszpasterskich obowiązkach. „Co zaś dotyczy Litwinów i Białorusinów — pisał — to dziwią się, że znajdując się w tak wielkich trudnościach, mogłem tak długo wytrwać w pełnieniu mego obowiązku”128.

14 lipca 1925 r. kardynał P. Gasparri, papieski sekretarz stanu, w imieniu papieża Piusa XI, poinformował listownie ks. Matulewicza o akceptacji zrzeczenia się urzędu biskupa wileńskiego i — wyrażając uznanie dla jego „(...) niezmiernych zasług i wielkiej chwały”, wyraził zgodę na przybycie do Rzymu129, dokąd zamierzano przenieść siedzibę domu generalnego Zgromadzenia Księży Marianów130.

List ze Stolicy Apostolskiej zastał ks. Matulewicza poza Wilnem, więc 3 sierpnia 1925 r., pismem datowanym z Warszawy, zawiadomił o wszystkim kapitułę wileńską, wzywając do wyboru wikariusza kapitulnego, a sam udał się do Rzymu. W pożegnalnym liście do kapituły wileńskiej m.in. pisał: „Całej prześwietnej Kapitule składam najserdeczniejsze podziękowanie za okazywaną mi życzliwość i pomoc w rządzeniu diecezją. Na ręce Prześwietnej Kapituły pozwalam sobie przesłać też wyrazy serdecznej podzi